• 0 Vote(s) - 0 Average
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5


Rothaarig - Moje opowiadanie
#1
Rothaarig








Wstęp
Ruch
„Nie istniałoby bowiem dobro, gdyby nie istniało zło. Nie istniałaby sprawiedliwość, gdyby nie istniał chaos. W końcu nie istniałaby wódka bez żałosnych trunków serwowanych w tej dziurze. Gdyby nie istniały przeciwności, dobra tego świata nie miałyby miejsca. Ale wtedy pewnie by wszystko szlag trafił.” – Gadka Starszego Antonisa z Morgradu.

Mknął w tym momencie przez pole, starając się uniknąć wpędzonych w ruch strzał nadlatujących od strony lasu. Nie obchodził go kierunek w którym uciekał, a jedynie fakt by nie rozstać się w tym momencie z życiem. Goniła go grupa mężczyzn, których ilości nie mógł łatwo ocenić – doliczył się ich siedmiu, a gdzieś w oddali słyszał krzyki kolejnych którzy kierowali się w tą samą stronę. Nie miał okazji się z nimi dobrze poznać, może nie licząc gościa któremu małym toporkiem rozwalił głowę zaszedłszy go od tyłu. W zasadzie sam nie wiedział co sobie myślał, kiedy to robił, zwłaszcza że nie zwrócił uwagi na mężczyzn siedzących przy ognisku nieopodal jego ofiary – myślał, że natknął się na osamotnionego bandytę, którego mógłby obrabować, a jego kompani byli na tyle cicho, że nie zauważył ich obecności. Nie myśląc wiele, zaczął uciekać, a jedyne co zdołał usłyszeć to „jebany skurwysyn” które rozległo się po głuszy.
Pole wydawało się nie mieć końca, a wszelkie trawy i przekopana ziemia wcale nie pomagały w ucieczce. Mimo przeszkód biegł całkiem sprawnie, co jakiś czas słysząc przelatujące koło niego strzały – bądź co bądź, żaden z tych mięśniaków nie był w stanie wyprowadzić celnego strzału w ruchomy cel. Przed sobą zobaczył potężną skałę i schował się za nią, by złapać oddech. Gdy tylko znalazł się poza linią strzału, wyszarpnął dwa toporki, z czego jeden okrutnie zakrwawiony po egzekucji wykonanej przed chwilą, a następnie podrzucił je w powietrzu by poprawić chwyt broni. Kilka sekund później usłyszał zdyszane głosy trójki ludzi, a przynajmniej mu się zdawało że tylu ich było. Obejrzał się, by ocenić w jakiej jest sytuacji. Gdy tylko poczuł, że jeden z napastników okrążył skałę i znalazł się w zasięgu jego wzroku, zamachnął się by z ogromną prędkością wbić mały toporek w jego czoło. Po twarzy napastnika zaczęła ściekać krew, rozbryzgując się też częściowo na jego oprawcy. Kopnął rannego mężczyznę w pierś, by następnie szybkim i pewnym chwytem wyciągnąć broń i uderzyć w drugiego przeciwnika, który próbował w tym czasie zajść go od tyłu – jego zmysł od dłuższej chwili podpowiadał mu, że ktoś znajdował się za jego plecami. Nawet przez chwilę nie myśląc o konsekwencji ewentualnej pomyłki, zrobił unik do przodu. Następnie nadepnął na ramię opadającego ciała poprzedniego przeciwnika by, drugą nogą odbić się od skały i uderzyć nieużytym toporkiem w mężczyznę którego dopiero zobaczył – łysego, niezgrabnego gościa, który niezdarnie trzymał w ręku mały miecz. Napastnik zamachnął się, ale jego wysiłki szybko się zakończyły, gdyż toporek trafił w jego nadgarstek, ucinając mu dłoń. Krew na moment znalazła się w powietrzu, a następnie rozbryzgała się pomiędzy oprawcą, napastnikiem i leżącym na ziemi zmarłym. Ścigany po raz kolejny poprawił chwyt, podrzucając swój toporek w ręce, by wbić go bezpośrednio w potylice aktualnie klęczącego przeciwnika. To wszystko trwało mniej niż dziesięć sekund, ale czuł, że stracił zbyt wiele czasu – łucznicy byli coraz bliżej. Zmuszony zaistniałą sytuacją, zaczął biec w kierunku przeciwnym do zagrożenia.
Jeden z toporków szybkim ruchem schował za pas, czując przy tym jak krew zaczyna spływać po jego nogawce. Kojarzyło mu się to z bardzo niekomfortowym uczuciem związanym z fizjologią, ale zerknięcie na swoje spodnie rozwiało wątpliwości i ruszył sprintem dalej. Biegł, czując i słysząc jak za jego plecami podążają kolejni agresorzy – może było ich trzech, ale nie więcej niż pięciu. W końcu dotarł na drugą stronę leśnego pola, gdzie na granicy lasu zaczął manewrować pomiędzy drzewami, by przeciwnicy poczuli się chociaż na chwilę zdezorientowani. Od kilku sekund nie słyszał już nadlatujących strzał, więc zwolnił, starając się by goniący go ludzie nie zgubili go tak do końca. Nie musiał czekać długo – jeden z nich rzucił swoim mieczem na ziemię, by następnie chwycić za procę. Załadował do siodełka kamyk nie większy niż pięść, a następnie zaczął machać procą kierując nią w swój cel. Mężczyzna nie trafił, powodując, że kamień uderzył w drzewo. Chwilę zastanawiał się, co zrobić dalej, przez co sprawił, że jego gruby kompan który biegł dokładnie za nim, nie zdążył się zatrzymać i uderzył w jego plecy z ogromnym impetem, co skończyło się upadkiem jednego na drugiego. Uciekinier wykorzystał okazję, by szybkim ruchem wyciągnąć zza pasa nóż, a następnie rzucić nim w mężczyznę. Nóż spadł dokładnie na czubek głowy celu przebijając jego czaszkę i przeszywając zimnym ostrzem jego mózg. Jeszcze przez chwilę po
ciosie, rzucał się niczym wściekłe zwierzę, przygniatając swego kompana. Uciekinier odwrócił wzrok w stronę pola i zobaczył, że zza drzew wyłania się jeszcze dwóch osobników trzymających w rękach siekiery – bo nie można było tego nazwać toporami.
Chwycił więc znów za drugi toporek, schowany za pasem i czekał aż któryś z tej dwójki do niego podbiegnie. Czekał z premedytacją, gdyż istniała spora szansa, że przynajmniej jeden będzie na tyle zaślepiony agresją, że nie zauważy stojącego jak wół, wystającego korzenia. I tak też się stało, a gdy tylko jeden z nich ruszył w stronę uciekiniera, jego stopa zaczepiła o korzeń, przez co napastnik w mgnieniu oka uderzył twarzą w ziemię. Uciekinier kopnął go bezpośrednio w nos, a następnie zabrał siekierę która upadła nieopodal, by szybkim ruchem wbić ją w dłoń napastnika. Chwilę później, toporek w jego ręce spotkał się z kolejną rozbitą głową.
W tym samym momencie nadbiegał ostatni tutaj napastnik. Łucznicy byli za daleko, a nikt inny spośród całej gromady, nie zamierzał gonić nieznanego osobnika, biorąc pod uwagę, że pobiegło za nim aż sześć osób. Nadbiegając, zamachnął się siekierą w taki sposób, że dał uciekinierowi chwilę by bez problemu uniknąć ciosu. Mężczyzna z siekierą stanął bezpośrednio naprzeciw oprawcy jego kumpli, by spojrzeć mu w oczy. Zaśmiał się.
- Banda idiotów. Chodź, zatańczymy!
Goniony trzymał oba toporki w rękach, czekając na odpowiednią okazję. Zaczął okrążać leżące ciała, by zyskać trochę przestrzeni. Gdy jego napastnik wydobył z siebie zmęczone westchnienie, ścigany poprawił chwyt na jednym z toporków i bezpośrednio go uderzył. Siekiera jednak zablokowała cały cios, powodując, że obie bronie zazębiły się przy ostrzach. Uciekinier nie mając w drugiej ręce dość siły by go od razu zabić, gładkim ruchem wyciągnął jedną z broni z zazębionego chwytu. Następnie nie starając się, wbił broń w udo swego napastnika, chcąc zaburzyć jego równowagę. Akcja powiodła się, a ścigający go mężczyzna zawył z bólu, klękając przy tym na stabilnej nodze. W tym momencie uciekinier wytrącił siekierę z rąk napastnika, a chwilę później wbił swoją broń w jego szyję, doprowadzając do kolejnego rozbryzgu krwi. Podniósł się, mocno zmęczony walką i otarł swoje oczy i czoło z krwi i resztek wnętrzności które do tej pory utrzymywały się przylepione na jego skórze. Podszedł do mężczyzny, który leżał przygnieciony ciałem swojego martwego kompana. Uklęknął.
- Kradzieże, przemyt, gwałty i morderstwa… Nie różnię się od was, ale widzę, że ładnie się tu urządziliście. Kto jest waszym szefem? – Spytał, a jego głos odbił się w leśnej głuszy bez żadnej odpowiedzi. Wyciągnął toporek, starając się chociaż chwilowo zastraszyć uwięzionego napastnika. Mężczyzna nie wyglądał już na skorego do walki – widział dość, by zrozumieć powagę sytuacji i tego, że jego oprawca wcale nie zamierza z nim całymi dniami dyskutować.
- Br-Brandon – odpowiedział, jąkając się ze strachu – Oszczędź mnie… zaciągnęli mnie do tej bandy siłą, nie chciałem wcale…
- Dopóki miałeś czym zapchać kichę, co nieco pochędożyć i upić się kradzionym winem, to pewnie nie miałeś nic przeciwko? – zrobił krótką przerwę – A teraz skomlę o przebaczenie… - powiedział ciszej.
Zobaczył jak na policzku mężczyzny zaczyna spływać łza. Grube ciało jego towarzysza nie wydawało się wcale pomagać jeśli chodziło o poruszanie się, a tym bardziej nabieranie powietrza.
- Powiedz mi jak Ci na imię… - odpowiedział uwięziony napastnik - … skoro to moje ostatnie chwile, to chcę wiedzieć z czyjej ręki umieram.
Mężczyzna złapał za toporek, chwytając go porządnie w swej dłoni.
- Rothaarig, z plemienia Tiris Naimal. Miło Cię poznać.
Rothaarig zamachnął się, nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź. Jego broń przebiła głowę leżącego, przepoławiając ją. Podniósł się, w międzyczasie pozbywając się największych, krwistych resztek zalegających na swoim ubraniu, by nie powodować strachu u pobliskiej ludności – nie chciał mieć dodatkowych problemów ze strony miejscowych. Przeszukał ciała bandytów w poszukiwaniu kosztowności, i spokojnym krokiem ruszył w przeciwnym kierunku. Minęły może z trzy minuty, gdy rozległy się kolejne krzyki… ale Rothaarig był na tyle daleko, że nie musiał martwić się o kolejną walkę. Wrócił na trakt – stamtąd prosta droga do Węglowego Wzgórza.
















Rozdział I
Przypadek
"Czasami kiedy jestem w urzędzie i widzę te jednakowo ubrane kobiety za biurkami, które przez cały ten czas próbują mnie obsłużyć, końcowo do niczego dochodząc, to myślę sobie: jak można przez tyle godzin grzebać sobie w dupie, a potem pytać się co się wygrzebało?" - Nieznany mieszkaniec Klonthaim.
Od ostatniego spotkania z bandytami, nie spotkał na trakcie żadnej żywej duszy. Żadnych rolników, wieśniaków czy żołnierzy. Albo musiało być dziś wyjątkowo spokojnie, albo była to cisza przed burzą.
Docierając pod bramy miasta, zauważył wielki, drewniany znak na którym jedyne słowa jakie zrozumiał to "Witamy". Na opuszczonym moście zwodzonym, który unosił się ponad fosą, stało dwóch mężczyzn uzbrojonych w miecze oraz drewniane pałki. Ubrani w zielone stroje, można by powiedzieć że ozdobione elementami zbroi – gdyż same te elementy w żaden sposób nie obroniłyby przed najbardziej śmiertelnymi ranami – oraz w lekkich hełmach z wystającym czarnym pióropuszem. Podszedł bliżej do zwodzonego mostu, co natychmiastowo zwróciło uwagę strażników.
- E! Kto tam idzie?! – Spytał mężczyzna po prawej. Wyglądało na to, że był szefem tego drugiego.
- Wędrowiec. Szukam noclegu i posiłku – odpowiedział Rothaarig i w tym momencie spostrzegł, że drugi strażnik przyglądał się jego czerwonemu od krwi ubraniu.
- A ta krew to skąd? Z niedźwiedziami się nie bał i się siłował?! – skwitował. Przybysz spojrzał za plecy strażników, i zauważył, że znajduje się tam pewnego rodzaju posterunek – kilkunastu strażników siedzących przy stołach, grających w kości, jak również jedzących posiłki. Było ich zbyt wielu, żeby mógł ryzykować przedarcie się do miasta siłą samemu.
- Napadli mnie bandyci – odpowiedział – kilku knypów goniło mnie przez polanę po tym, jak… - chciał powiedzieć, że ich okradł, ale wtedy nie zabrzmiałoby to odpowiednio dla strażników - … jak spostrzegli, że mogę być łatwym łupem. Miałem szczęście, że byli idiotami i wyłapałem ich pojedynczo.
Strażnik po lewej zdziwił się, zaś ten po prawej uśmiechnął kącikiem ust.
- Jeśli to była banda Brandona, tom pewnie będziemy mogli ci podziękować. Właź i nie rób problemów. Oddej tylko broń do depozytu, stan wyjątkowy jest.
- Zrozumiałem – przytaknął, po czym wyciągnął swoją broń, oddając ją strażnikowi.
- Jeszcze nóż.
- Nóż? – odparł Rothaarig.
- Tenno co w butach jest. Nie jestem bystrzak, ale wiem że tam jest nóż.
Przybysz niechętnie schylił się by wyciągnąć ostatnią deskę ratunku w niekomfortowych sytuacjach, i z wielkim bólem oddał go strażnikowi. Pierwszy strażnik wręczył broń drugiemu, a ten zaniósł je do jednej ze skrzyń znajdujących się w przejściu.
- Tak swoją drogą, to jak Cię zwą? Musimy Cię oznaczyć na skrzynce.
- Rothaarig – odparł bez wahania.
- Eee… No dobra – odpowiedział – zapiszemy Cię jakoś, będziemy pamiętać.
Milczał, bo jego imię brzmiało zbyt południowo, a ludzie z tych stron źle reagują na wszelkie przejawy kultury Tunarkdenu. Pochodził stamtąd, chociaż się tam nie urodził. Jedynie wychował się wśród barbarzyńców, którzy znaleźli go jako noworodka w jakimś opuszczonym miejscu. Całe ostatnie dwadzieścia pięć lat spędził wśród Tiris Naimal, przechodząc przeróżne próby wytrzymałości, siły i przetrwania… A jego imię po prostu odnosi się do jego ognistych, rudych włosów. Rothaarig – ognisty lub po prostu… rudy.
- Gdzie jest najbliższa gospoda? Zjadłbym cokolwiek, co leżało obok jedzenia.
- „Druga Szansa” u Szefa znajduje się na głównym placu targowym. Jest jeszcze speluna, w której piją miejscowi górnicy, ale tam nikt nie chodzi – Ściszył głos - Śmirdzi tam wunglem.
- Zaś nazwa pierwszej brzmi jakby był tam burdel.
Strażnik zamilknął i chyba nie zamierzał odpowiadać. Rothaarig dostał znak, że może już przejść, dlatego bezpośrednio ruszył według wskazówek danych mu przez strażnika, by dostać się do gospody.
Minął prowizoryczny posterunek, który składał się z małej chaty i kilkunastu stolików rozłożonych wzdłuż muru. Rosłe chłopy z nudów, bądź dla pieniędzy, grały w kości śmiejąc się bądź klnąc w strony swoich oponentów. Jeden ze strażników przysypiał przy bramie, otwierając jedno oko gdy Rothaarig przechodził obok niego, by następnie zamknąć je i nie zwracać już więcej uwagi na rudzielca. Przeszedł dalej, by wejść na ulicę. Wzdłuż ścieżki brukowej mieściło się kilkanaście domów o różnym kształcie i konstrukcji, ciągnących się aż do placu. Na gankach domów kilku starców o bosych stopach siedziało na małych taboretach, rozmawiając o jakimś publicznym procesie który ma nastąpić jutro, wiedźmie i strażnikach których ostatnio przyłapano pijanych, a gdy tak gaworzyli, przeklinali dostatecznie głośno by Rothaarig mógł ich słyszeć nawet, gdy dotarł do placu. Gdy szedł ulicą, widział jak mieszkańcy przechodzili z jednej strony ulicy na drugą, często ze smętnym wyrazem twarzy.
Gdy w końcu dotarł na plac, zobaczył na jego środku fontannę która aktualnie nie funkcjonowała, zaś na jej środku znajdował się niski i gruby filar dotknięty już zębem czasu. Na samym szczycie natomiast znajdował się posąg przedstawiający kobietę rozkładającą ręce w geście zaproszenia, unoszącą głowę ku górze. Jej długie włosy opadały w dół, zlewając się z resztą rzeźby. Podszedł bliżej, by zorientować się kogo przedstawia postać, ale widząc, że wokół posągu nie ma nawet najmniejszej litery, zrezygnował. Rozejrzał się jeszcze raz po placu w poszukiwaniu gospody „Druga Szansa”, którą dojrzał w momencie gdy słońce znalazło się za chmurami, i odsłoniło mu wzrok na zacienioną część placu – Gospoda z zewnątrz wyglądała na skromną, ale chciał się przekonać czy również jest tak w środku.
Gdy przekroczył próg, zobaczył kilka dziewczyn biegających z drewnianymi misami w jedną i drugą stronę, starając się jak najszybciej znaleźć się w kuchni. Trwały tu jakieś porządki, biorąc pod uwagę, że znajdowali się tu jedynie pracownicy. Gospodarz natomiast stał za ladą doglądając wszystkiego.
- Szybciej! Trzeba jeszcze wyczyścić wychodek tak, by najświętsza Jaskare mogła tu postawić klocka!
Dwie z dziewczyn zaśmiały się, słysząc te słowa, natomiast dwie pozostałe nie były zadowolone z faktu, że muszą czyścić ekskrementy po gościach.
- O, witam. W czym mogę pomóc? – Powiedział zauważając nowego gościa, a w jego głosie słychać było nutkę sprytu. Brzmiało to tak, jakby od pierwszego spojrzenia na Rothaariga chciał z nim załatwiać dalekosiężne interesy.
- Potrzebuję pokoju, coś do picia i jedzenia. Najlepiej mięsa i wódki – odpowiedział, stając przy ladzie.
- Wszystko da się załatwić, kochany panie! – Wykrzyknął, następnie zastanowił się przez chwilę, pod nosem dodając liczby by ustalić cenę – Razem będzie piętnaście miedziaków – uśmiechnął się, przybierając cwany wyraz twarzy.
- Dam dwadzieścia, a Ty mi powiesz parę rzeczy – Rothaarig wyciągnął sakwę, wykładając miedziane monety. Powoli przesuwał je w stronę gospodarza.
- Mów mi Szef, i zadawaj pytanie – odwrócił się w stronę kuchni – Panie Pajda, szykuj Pan swój gulasz do jedzenia!
Za drzwiami kuchni ukazał się okrągły, wysoki i łysy chłop, ubrany w szmaciane spodnie i nieco przymałą koszulę. Podszedł do paleniska, podsycając ogień małymi bryłkami węgla i zbierając na swojej twarzy uderzenie żaru. Szef złapał za butelkę wódki i nalał gościowi pełny gliniany kielich, który uprzednio wyciągnął spod baru.
- Szukam tu kogoś, kto para się magią. Podobno mieszka tu jakiś czarodziej...
- W Węglowym Wzgórzu? Absolutnie nie – odparł zdziwiony Szef, kończąc polewać alkohol do naczynia – Przewinęło się przez to miasto sporo ludzi, nawet ostatnio przyjechała tu z Horbovii jakaś zakonna ekspert od egzorcyzmów. Mówią o niej, że to demonolog.
- Wiesz, jak się nazywa? – Spytał – I najlepiej jeszcze gdzie mieszka. Potrzebuję informacji.
- Lady Lezzyelah de Queenville. Mieszka razem z zakonnikami, na końcu miasta – Szef spojrzał na ubranie Rothaariga – Chcesz jakieś świeże ciuchy? Mam coś na składzie. Za odpowiednią cenę oczywiście.
- Ile? – Spytał prawie natychmiast.
- Daj mi jeszcze pięć miedziaków – odparł, widząc że sakiewka Rothaariga niebawem się opróżni. Rudzielec niechętnie wyciągnął prawie, że ostatnie monety z sakiewki, wiedział jednak że wyboru nie miał.
- Dużo ludzi się tu przewija?
- Od czasu stanu wyjątkowego ciężko o klientów. Miejscowi zawadiacy, strażnicy albo mieszkańcy przychodzą tutaj popić, ale nikt poza tym…
- Stanu wyjątkowego? – Spytał z ciekawością, natomiast Szef zebrał ostatnie pieniądze które do tej pory leżały na blacie.
- Ostatnio mieliśmy tu serię morderstw. Najpierw syn jednego ze strażników, potem przyjezdny farmer, następnie jedna z kurtyzan która wyszła za miasto… Burmistrz się trochę wkurwił i postanowił zamknąć miasto do odwołania.
- Dlatego zabrano mi broń…
- Pewnie tak. To swoją drogą idiotyzm, by jedyną formę obrony przed mordercą oddawać w ręce strażników którzy i tak niewiele robią…
Rothaarig podniósł kielich, i haustem wlał w siebie całą zawartość. Przez chwilę zadrżał, czując jak wódka przepala mu gardło.
- Pani Olleno, przyniesie Pani te ciuchy z drugiego pokoju dla naszego gościa – krzyknął Szef do przechodzącej obok młodej piękności. Gdy tylko zobaczyła Rothaariga, delikatnie się wzdrygnęła.
- … czy nie lepiej byłoby to ubranie po prostu wyprać? – Spytała nieśmiało.
- A piszesz się na to? - podchwycił jej Szef.
- W sumie przydałoby im się pranie… - odpowiedział przybysz, uśmiechając się kącikiem ust po raz pierwszy. Gdy to mówił, poczuł jak alkohol paruje z jego ust – ale już zapłaciłem za nowe ciuchy.
Dziewczyna odeszła w pośpiechu, w kierunku korytarza z kilkoma pokojami, znikając w jednym z nich. Rothaarig zastanawiał się chwilę co robić dalej, skoro się tu znalazł. Węglowe Wzgórze było zaledwie przystankiem w bezcelowej podróży, zwłaszcza, że sam nie miał pojęcia gdzie się kierować. Gdy był jeszcze w Tiris Naimal, miał okazję doświadczyć wizji kabalisty, który przewidział dla niego kilka symboli – niebieskowłosą niewiastę, zniszczony zamek, płonącą kobietę oraz wrota ze znakiem oka. Wskazał tylko, by iść na północ, co sprawi że sam spełni swoje przeznaczenie. Poza faktem, że kilkakrotnie przymierał z głodu, czasem kradł lub zabijał tych którzy chcieli go okraść lub złapali go na kradzieży, nie natknął się na żaden z tych znaków. Żadnej kobiety o niebieskich włosach, żadnego zniszczonego zamku, ani płonących niewiast, a jedyne wrota jakie mijał to te w miastach, które nie chciały go wpuścić do środka. Zamiast stać się mężem, ojcem czy kultywować tradycje plemienne, wybrał inną drogę by sprostać niciom przeznaczenia, w które coraz bardziej wątpił – był daleko od domu, w krainie której nie rozumiał ani nie znajdował dla siebie miejsca. Przez całe ostatnie pół roku marszu miał wrażenie, że ryzykuje zbyt wiele, ale jego celem było poznać historię swojej rodziny, dowiedzieć się dlaczego znalazł się wśród ludu barbarzyńców Tiris Naimal, oraz zbadać czym jest złoty medalion który znaleźli przy nim jego przybrani opiekunowie.
Teraz gdy na ów medalion spojrzał, przypomniał sobie wszystkie szczegóły które do tej pory zgromadził – na pewno był złoty, zawieszony na łańcuchu. Na jednej ze strony widniał symbol dwóch przecinających się węży, na drugiej wielka litera „N”. Nikt kogo do tej pory spotkał nie był w stanie powiedzieć mu, co to za oznaczenia ani skąd pochodzą… Może i teraz zdarzy się okazja by poznać kogoś, kto wie więcej i podejdzie do sprawy bardziej profesjonalnie.
Gdy ocknął się ze swoich myśli, zorientował się, że minęła może z minuta. Gulasz dopiero zaczął gotować się w kotle, wydzielając charakterystyczny zapach docierający z kuchennego pomieszczenia. W tej samej chwili, Szef spędzał czas na poganianiu dziewczyn, klepiąc jedną z nich po tyłku – służka zalotnie uśmiechnęła się do gospodarza, odwracając głowę w jego stronę.
- Dobrze je traktujesz – powiedział z lekką ironią w głosie Rothaarig.
- Nie mają co narzekać – odpowiedział – Zresztą, w czasie stanu wyjątkowego są tu bezpieczne. Znam każdego strażnika w tym mieście, każdy jeden chroniłby te panny. Zawsze tak było, nawet gdy miałem gospodę na Szuwarach.
- Coś się z nią stało?
- Spłonęła – urwał na chwilę – razem z kilkoma klientami i moją Varo.
Rothaariga szczerze mówiąc niewiele obchodziło co stało się z wcześniejszą gospodą – jego pytanie miało jedynie formę grzecznościową. Nalał sobie wódki do glinianego kielicha.
- Była najlepsza we wszystkim, ale jakimś trafem, po prostu znalazła się w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie… - gospodarz zamilkł, odwracając się od Rothaariga i kierując się do kuchni.
Rothaarig zamyślił się i spojrzał się w zadumie na pełny kielich alkoholu. Przez chwilę zastanawiał się, czy wspomnienie o płonącej kobiecie może mieć coś wspólnego z jego wizją. Nie szkodziło zapytać.
- Kiedy to było? – spytał Szefa, gdy ten tylko pojawił się w drzwiach do kuchni.
- Z rok temu – odpowiedział krótko, pozostawiając Rothaariga nie usatysfakcjonowanego odpowiedzią.
W momencie, gdy padły ostatnie słowa, kucharz zaczął krzyczeć że jedzenie jest już gotowe. Jedna z dziewczyn, która oderwała się właśnie od zamiatania podłogi, podeszła do drzwi żeby odebrać od Pajdy gotowy posiłek. Zaczęli po cichu rozmawiać – coś o wiedźmie, coś o procesie… Rothaarig nie usłyszał zbyt wiele. Dziewczyna złapała za glinianą miskę w której znajdował się gulasz, przyprawiony chyba wszystkimi znanymi ziołami z okolicy, oraz za gliniany talerzyk na którym znajdowały się ogórki i kromki chleba. Podeszła bliżej z naczyniami, stawiając go przed Rothaarigiem.
- Smacznego – uśmiechnęła się zalotnie.
Nie odezwał się. Złapał jedynie za chleb, i wbił drewnianą łyżkę w gulasz, pochłaniając go kęs za kęsem. Dopiero teraz przypomniał sobie jak bardzo jest głodny. Gdy skończył jeść, poprosił o klucz do pokoju i zabierając ze sobą butelkę wódki skierował się do wskazanej kwatery. Wchodząc do swojego pokoju, zobaczył że czyste ubrania znajdują się już na krześle obok. Niewiele myśląc, legł zmęczony na łóżku, zanurzył się we śnie.

***

Gdy się obudził, było koło północy. Księżyc wznosił się wysoko na nieboskłonie, natomiast gwar z głównego pomieszczenia przebijał się do jego pokoju, nieustannie utrudniając wszelkie próby zaśnięcia. Rozejrzał się, zauważył na ziemi butelkę wódki którą wcześniej zostawił na podłodze, oraz czyste ubrania na krześle.
Przebrał się, a następnie skorzystał z wiadra znajdującego się w rogu pokoju. Poświęcił chwilę by wyjrzeć za okno – widział kilkunastu pijanych dryblasów zataczających się ulicami, strażników którzy starali się przepędzić towarzystwo oraz paru mieszkańców którzy wykrzykiwali, że oni chcą spać. W momencie gdy uznał, że napatrzył się na miejskie życie, zamknął pokój i ruszył do holu.
W głównym pomieszczeniu znajdowało się mnóstwo ludzi – same mieszczuchy oraz strażnicy. Nie przewijał się tu nikt wyjątkowy – ciągłe śmiechy, wrzaski i pijackie okrzyki nosiły się po pomieszczeniu, powodując powstawanie gwarnej atmosfery. Za ladą stał Szef, oraz dwie z dziewczyn, które widział wcześniej. Pajda stał w drzwiach kuchni, starając się wysłuchać zamówień które składali goście u pozostałych pracowników, by zawczasu przygotować jedzenie na ruszcie.
- Trochę tu gwarno… - powiedział Rothaarig, gdy podszedł do lady.
- Jak zwykle o tej porze – odpowiedział Szef – Ciesz się, że nie byłeś tu jak było Święto Trójek. Mieliśmy większy szał niż na odpuście.
Rothaarig rozejrzał się po pomieszczeniu, skupiając swój wzrok na drzwiach. Po chwili w wejściu do gospody zobaczył kobietę – i wzdrygnął się.
Niebieskie włosy, ciemne oczy, biała szata z delikatnie obdartym dekoltem. Wbrew pozorom, jej fryzura wyglądała na starannie przygotowaną – jeden bok był wygolony w paski, drugi zaś utrzymywał się ciągle na jej ramieniu. Miała zawieszony przez ramię sznur na którym znajdowała się księga, obijająca się o jej udo. Zwrócił uwagę na jej błyszczące czerwienią usta, które podziwiał nieco dłużej. To na pewno dziewczyna z jego przepowiedni. Czuł to. Podeszła bliżej, jakby szła do niego – w ostatniej chwili zwróciła się jednak ku ladzie i odezwała do Szefa.
- Potrzebuję pokoju. Natychmiast – zaczęła – żadnych pytań, podwójna stawka. Nie chcę też, żeby ktokolwiek tam wchodził. Jeśli ktoś będzie mnie szukał, nie ma mnie.
Szef ucichł na chwilę, przyjmując około pięćdziesięciu miedzianych monet które kobieta rozrzuciła na ladzie. Mężczyzna zgarnął całą sumę, po czym wręczył jej klucz do pokoju.
- Dziękuję – odpowiedziała, po czym udała się w kierunku pokoi. Rothaarig odprowadził ją wzrokiem. Nikt spośród pijanego tłumu nie zwrócił na nią uwagi mimo jej egzotycznego wyglądu, a ona sama niewątpliwie wdała się w łaski Szefa, który wydawało się jakby miał zamiar przemilczeć jej istnienie w tej gospodzie. Rothaarig pomyślał przez moment, że jest tu jedynym który wie o jej obecności.
- Nawet nie spytałeś jak się nazywa?
- A po kiego chuja? – Odparł – Takie pieniądze piechotą nie chodzą.
Rothaarig zaśmiał się bezgłośnie słysząc słowa właściciela. Postanowił sobie, żeby jednak niebawem dowiedzieć się czegoś o tajemniczej kobiecie, która wygląda jakby była częścią opowiedzianej mu wcześniej wizji. Jednocześnie uznał, że należy odłożyć to na później, przynajmniej, dopóki nie porozmawia z całą tą Lady Lezzyelah.
- Ostatnio słyszę ciągle jakieś pogłoski o wiedźmach i procesach. Wiesz coś o tym? – Wznowił rozmowę z Szefem, wiedząc że ten patrzył na niego przez moment z nieprzychylnością po poprzednim pytaniu. Miało ono bowiem zadatki na to, by być delikatnie nie na miejscu.
- Ta… Ai-Ram. Chcą jutro zrobić publiczny proces na placu – gospodarz złapał za kufel, nalewając piwa dla jednego z klientów, który właśnie rzucił monety na ladę – Biedna dziewczyna nie miała pieniędzy na wyjazd do Villany i opłacanie czesnego, więc zaczęła uczyć się magii na własną rękę. Od kilku lat żyła z nami bez problemów, ale przybyło to rodzeństwo z Horbovii i postanowiło zaciągnąć ją na szafot.
- Jacyś świętojebliwi? – spytał Rothaarig.
- Nie, jacyś łowcy nagród. Nie pamiętam ich imion… Vrickola? Tak chyba się nazywali. Mało nam tu problemów, a posądzają ją, że ma coś wspólnego z tymi morderstwami. A to świetna dziewczyna, uwierz mi. Zawsze pełniła tu rolę… - zastanowił się chwilę - naszego znachora.
- Jak się nie ma lekarzy w mieście, to i wiedźma jest dobra.
- To nie tak. W czasie powstania, wielu ludzi medycyny odeszło na zachód. W Węglowym Wzgórzu praktycznie nie ma już żadnych lekarzy, a najbliższy z którym możemy się spotkać znajduje się w Wintermarsh. Kiedyś jeździłem tam jak mnie zęby bolały… Stary Jagódka nie chciał ich wyrywać, ale dał mi jakiś preparat. Powiedzmy, że przeszło…
Rothaarig chciał przez moment powiedzieć coś do Szefa na temat metod leczenia zębów w Tiris Naimal, ale przypomniał sobie że sama świadomość obecności barbarzyńcy gdziekolwiek w Księstwach może wywołać bardzo negatywne reakcje ze strony ludu. Zwłaszcza, gdy po mieście grasuje morderca, chcą zabić wiedźmę, a po okolicy szaleją bandyci. Za głową wiedźmy i mordercy, poleciałaby pewnie i jego.
Z tłumu rozległ się krzyk połączony ze śmiechem. Jeden z klientów stanął na taborecie i zaczął robić coś, co można byłoby nazwać śpiewaniem, jednak przez jego mocno pijacki akcent zdawało się, że bardziej mówi niż stara się uzewnętrznić nietrzeźwy wokal. Słowa były na tyle niezrozumiałe, by pomyśleć że gość zadławił się albo stara się mówić z pełnymi ustami. Po chwili spadł z taboretu, uderzając z dużym impetem w podłogę.
- Dawaj, Snobu, otwieraj ryj! – podszedł do niego chuderlawy mężczyzna z glininamy kubkiem w ręku i przyłożył mu go do ust – Otwieraj ryj, kurwa! – zaczął się głośno śmiać.
- Gurwa, wymięgam… - odpowiedział powalony na ziemię, jednak wcale nie przeszkodziło to jego kompanowi we wlaniu zawartości kielicha do jego gardła. Nie trzeba było czekać długo na efekty.
- Gurwaaaa… - jego głos zamienił się w bulgot w momencie gdy rzygi wyleciały mu z ust i nosa jednocześnie. Chwilę później, cały w brązowych wymiocinach, wstał jak gdyby nigdy nic.
- Gurwa, pijemy dalej, Patol! – powiedział do swojego kompana, który przed chwilą siłą wlał mu alkohol do ust.
Rothaarig odwrócił głowę, chociaż nie było to dla niego niczym niezwykłym. W jego ojczyźnie, gdy bracia upijali się podczas Obrzędów Vollmonda, czasami dochodziło do bójek bądź nawet pojedynków kończących się śmiercią. Nie zdarzało się to jednak znowu tak często. Starał się skoncentrować na tym, by odciąć się od wszechobecnego hałasu. Było na tyle gwarnie, że nie mógł skupić się na czymkolwiek – przesiedział przez godzinę w milczeniu, przy ladzie doglądając żarzącego się paleniska przez otwarte drzwi kuchni.
Goście powoli usuwali się z gospody. Pijani, śpiewający i chwilowo zadowoleni z życia, wydawali się kompletnie nie przejmować ani stanem wyjątkowym, ani problemami życia codziennego… Była to tylko krótka chwila, w której mogli znaleźć się w oceanie zapomnienia.
- To co? – spytał Szef, który dopiero teraz odpędził się od gości – Jutro płomienne mowy Wielebnego, kilka starć słownych z wiedźmą… może uda jej się z tego wybrnąć – odwrócił głowę w stronę kuchni – Oby.
Rothaarig milczał. Nie odpowiadając, wstał i ruszył w stronę swojego pokoju. Gdy przechodził korytarzem, zauważył jedną z dziewcząt pracujących za barem – przypomniał sobie, że nazywała się Ollena. Mijając ją, dojrzał na jej twarzy uśmiech.
- Miłej nocy – powiedziała.
- Wzajemnie – odpowiedział.
Wszedł do wynajętego pokoju, zamykając drzwi. Usiadł na łóżku, chwilę wpatrując się w stojącą obok butelkę wódki. Niewiele myśląc, złapał za nią i wypił do czterech łyków, a gdy skończył odsapnął czystym alkoholowym oddechem. Przez chwilę czuł, jakby jego gardło było w ogniu, ale zanim przejął się tym bardziej, położył się w łóżku w celu odpoczynku i nieświadomie zasnął.

***
Wspinał się po skałach gołymi rękami. Nie wyglądało to na łatwą przeprawę, ale wspinał się. Z każdym wyciągnięciem ręki, czuł jak skały robią się coraz mniej chwytliwe, a zmęczenie dosięgało go coraz bardziej z każdą sekundą. Ostatecznie wspiął się na samą górę.
Gdy znalazł się na szczycie, spojrzał na swoje ręce – zakrwawione, obdarte i zranione tak, że nie powinien móc ich używać. Jednak jakimś cudem czuł, że jego ręce są w całości i były nawet bardziej sprawne niż zwykle. Spojrzał przed siebie, widząc fortecę umieszczoną na małym pagórku – wokół niego znajdowało się mnóstwo czołgających się ludzi. Niektórzy nienaturalnie zsuwali się po pagórku, jakby był stromą górą. Problem w tym, że powierzchnia była na tyle łagodna, że spacer w zupełności wystarczyłby, by przejść pagórek wzdłuż i wszerz. Jednak ogromna ilość ludzi, którzy czołgali się w stronę fortecy z bliżej nieznanego powodu nie mogła się podnieść – nikt nie chciał iść na stojąco. Przypominało to swego rodzaju kopiec, tyle że złożony z ludzi.
Im wyżej ludzie się wspinali, tym konsekwentniej ktoś zrzucał ich niżej. Horda wspinaczy blokowała drogę innym, którzy chcieli tam przejść byleby tylko nie mogli ich wyprzedzić, podczas gdy oni sami nie znajdowali się o wiele wyżej. Istotnie, cały proces przebiegał bardzo gładko i szybko, powodując, że nawet sprawne oczy nie zdołałyby uchwycić, kto właśnie znalazł się niżej a kto wyżej, a kto został na miejscu. Rothaarig zrobił krok do przodu, starając się zbliżyć do kopca, ale z jakiegoś powodu nie przybliżył się nawet o centymetr. Cały czas starał się ruszać i z największym wysiłkiem pokonywać kolejne kroki, ale widział, że stał w miejscu. W końcu upadł na kolana, widząc że walka nie ma sensu.
Wtedy odległość zaczęła się zmieniać. Zaczął na kolanach, bardzo powolnymi ruchami, przemieszczać się do tłumu. Czuł jak jego kolana obdzierały się ze skóry o surową skałę podłoża. W końcu, gdy zabrakło mu sił, upadł całkowicie. Czołgając się, zaczął się przemieszczać. Wywijając całym ciałem po ziemi, znalazł się bardzo blisko tłumu – wtedy zaczął widzieć ludzi, którzy znajdowali się na samej krawędzi kopca. Ubrani różnie, od bardzo bogatego stylu arystokratycznego, po żebraków i kloszardów odzianych w łachmany. I pomimo, że ich wygląd zewnętrzny różnił się znacznie, cechowała ich jedna, jedyna rzecz – żaden z nich nie miał twarzy.
Smukła, gładka skóra znajdująca się tam, gdzie powinny znajdować się oczy, nos, usta… nawet policzki wyglądały nienaturalnie – głowy wyglądały jak naciągnięte skóry wypełnione powietrzem i kapką włosów u góry. Mimo, że nie mieli prawa widzieć, ich twarze skierowały się w stronę zbliżającego się Rothaariga.
Sunął powoli, przedzierając się przez tłum. Kilkakrotnie wdał się w bójkę, uderzając któregoś z konkurentów pięścią, bądź odpychając go resztką sił za pomocą nóg. Chwytał się każdego możliwego sposobu, a gdy się obejrzał – był ciągle w tym samym miejscu na krawędzi.
Zaczął się wycofywać, co poszło bardzo gładko i bez żadnych przeszkód. Chwilę później, znalazł się z powrotem na krawędzi skały po której przed chwilą się wspinał. Obserwował spokojnie kopiec.
- A więc nie miałeś siły iść razem z tłumem? – spytała postać, która wydawało się, że stała obok Rothaariga dłuższy moment, ale ten nie zdołał jej zauważyć.
- To porażka. Tysiące osób jest przeciwko sobie, nie wiedząc nawet do czego dążą. Ta forteca, mimo że jest osiągalna, jest bardzo ryzykownym przedsięwzięciem.
- Chwali się, że rozumiesz z czym masz do czynienia. Ale czy nie jest to warte, by iść dalej, między nimi?
- Iść, starać się i walczyć, by w końcu i tak nigdzie się nie znaleźć? Nie jest to warte niczego. Niektórzy mają po prostu szczęście, albo są istotnie świetnymi strategami by dotrzeć na sam szczyt.
- Ich życie polega na wiecznej gonitwie. Pragną czegoś, czego nie są w stanie stworzyć w swych umysłach. Ci którzy są na szczycie, odpadają tak samo jak ci, którzy znajdują się na krańcu – i choćby robili wszystko, by się utrzymać, ktoś w końcu zajmuje ich miejsce, albo wypiera ich siłą po tym jak upadną.
- To istotnie paskudny mechanizm, którego miałem okazję niejednokrotnie doświadczać.
Postać zamilkła. Rothaarig spojrzał na nią, zauważając że jest to Ollena, dziewczyna z gospody.
- Musisz brnąć naprzód, ale Twoja forteca znajduje się gdzieś indziej. Jeszcze przepowiednia się nie wypełniła, ale wiecznie czekać na Ciebie nie będzie.
Rothaarig chciał w tym momencie spytać, co ma na myśli, ale jego głos nie wydobył się z gardła. Coś skutecznie blokowało jego mowę.
- Jesteś tylko obserwatorem. – w tym momencie patrzył na starca ubranego w białą szatę – Twój dar będzie cię prześladować, ale sam musisz przetrwać by do niego dotrzeć. Nastąpi SIEDEM i wtedy przyjdzie Trzecia z Upadłych. Jej Miecz będzie gniewem, Dwóch stoi za Nią. Jeden BIAŁY, drugi POSZUKIWANY.
Rothaarig zaczął zdawać sobie sprawę, że do jego głowy wpada właśnie tysiąc myśli, jedna zagłuszana przez drugą. Przepływ wszystkich informacji starł się między sobą, tworząc jedną, czystą myśl.
- Jedność.
Jego oczy zaczęły go palić nie czując przy tym bólu. Mocno trzymał się za swoje serce, czuł jak wszystko w jego ciele ma eksplodować.

***

Obudził się. Słońce wschodziło za brudnym oknem, powoli wpuszczając swe pierwsze promienie słoneczne przez okno pokoju. Był cały mokry od potu, a gdy tylko odzyskał świadomość, spostrzegł się, że trzyma się za serce.
Chwilę zajęło mu zrozumienie, że nic go nie bolało. Przez chwilę po przebudzeniu, starał przypomnieć sobie cokolwiek ze snu którego doświadczył. „Nastąpi SIEDEM i wtedy przyjdzie Trzecia z Upadłych. Jej Miecz będzie gniewem, Dwóch stoi za Nią. Jeden BIAŁY, drugi POSZUKIWANY” – powtórzył w myślach jeszcze kilka razy.
Wstał, rozglądając się po pomieszczeniu. Po raz kolejny zobaczył butelkę wódki przyniesioną dnia poprzedniego i jego ubranie które było ubrudzone zaschniętą krwią w wielu miejscach, które leżało aktualnie na podłodze niedaleko wiadra z moczem. Podszedł do zabrudzonego okna, drapiąc się po szyi.
Z okna zobaczył plac, który miał okazję widzieć wczoraj. O tak wczesnej porze widział jedynie strażnika, który w tej chwili usypiał na krześle na swoim posterunku. Chwilę później, z alejki wyszedł umięśniony mężczyzna ciągnący wózek na którym było mnóstwo pieczywa. Pomijając fakt, że mężczyzna sam z siebie nawet nie myślał by obudzić strażnika, zrobił to jednak jego pojazd z faktu na skrzypiące elementy konstrukcji. Usypiający wzdrygnął się, a gdy kurier przeszedł obok niego, znów zaczął usypiać.
Chwilę później zobaczył starszą kobietę z białą chustą na głowie, trzymającą w rękach koszyk przykryty serwetkami. Kołysała się na boki, a jej grube nogi ledwo pozwalały jej iść. Mimo wszystko, nie poddawała się i kierowała się bezpośrednio w stronę gospody.
Rothaarig odszedł od okna, siadając na łóżku. Zadumał się, patrząc w milczeniu na drewnianą ścianę naprzeciwko. Czuł się z jakiegoś powodu nieswojo. Siedział do momentu, aż jego żołądek przypomniał mu o jedzeniu. Zebrał swoje rzeczy, czyli butelkę wódki oraz ubranie po czym wyszedł z pokoju. Uniósł swoją sakwę, orientując się, że ma w niej cztery miedziane monety. Mógłby zjeść gulasz – albo napić się wódki. Wolał jednak coś zjeść.
Wszedł do głównej sali, widząc że zarówno przy stolikach, jak i za ladą nikogo nie ma. Słyszał jedynie jak w kuchni ktoś się krzątał, a po dźwiękach wydawanych z pomieszczenia można było wnioskować, że ta osoba przestawiała naczynia z jednego miejsca na drugie. Rothaarig usiadł przy ladzie, spokojnie czekając aż ktoś z obsługi się nim zajmie. Po minucie, za blatem ukazała się dziewczyna której wcześniej nie widział.
- Co będzie? – spytała ponuro.
- Gulasz – odparł krótko.
Dziewczyna nie wyglądała wcale najlepiej. Ładna buzia była oszpecona siniakami, zaś jej ręce miały ślady ran po łańcuchach. Pochyliła twarz starając się ukryć „ozdoby” i skierowała się do kuchni po uprzednim zabraniu monet od Rothaariga. W sumie niewiele obchodziło go, co stało się z tą dziewczyną. Mogła zostać pobita przez swojego męża, albo ktoś na nią napadł – nie była to jego sprawa.
Przez drzwi gospody wszedł Szef wraz z niskim mężczyzną o zaczerwienionej twarzy i kruczoczarnych włosach. Obaj mieli ten sam chytry wyraz twarzy. Rozmawiali o pieniądzach, ale ciężko było Rothaarigowi zrozumieć kontekst ich gadki. Szef skinął głowę w kierunku rudowłosego, a następnie ruszył w stronę kuchni.
- Znowu Cię, kurwa, pobił? – nie minęła sekunda zanim to pytanie padło ze strony Szefa.
- No co ja poradzę? – dziewczyna odkrzyknęła, prawie płaczącym głosem – ja go nadal… kocham.
- Ty idiotko. Zaraz poślę chłopaków żeby zrobili z nim porządek, bo to…
- Nie! – krzyknęła, tym razem już histerycznym tonem – Nie rób mu krzywdy!
- A on Tobie może? Co to w ogóle jest za śmieć, co bije kobiety.
Szef wyszedł z kuchni, kierując się w stronę wyjścia. Tymczasem jego niski kompan który towarzyszył mu podczas wejścia do gospody, przysiadł się do Rothaariga.
- Ostro, nie? – spytał, uśmiechając się. Jego rozmówca nie odwzajemnił tego gestu.
- To nie moja sprawa – odparł krótko i bez wyrazu. Chciał go zbyć, ale była to nieudolna próba.
- No wiesz, akurat nasz kowal ma jakieś problemy – powiedział ciszej, gdy dziewczyna szła z gulaszem w stronę Rothaariga. Gdy podstawiała mu miskę z jedzeniem, zobaczył że twarz służki jest czerwona od łez. Po chwili wróciła do kuchni.
- Nadal twierdzę, że to nie moja sprawa – odpowiedział, wbijając łyżkę w gulasz – tak samo jak moje sprawy nie obchodzą was, tak samo wasze sprawy nie obchodzą mnie. Proste?
- Spokojnie, typie, ja chciał tylko pogadać – uniósł ręce w geście poddania się – postawić ci piwo? Wydajesz się w porządku.
Rothaarig nie wiedział, co gość planuje. Wydawał się nad wyraz miły, aż miało się wrażenie, że aż do przesady. Nie miał do niego ani trochę zaufania, ale uznał, że darmowe piwo przyjąłby nawet od diabła. Zgodził się, po czym zaczął zajadać się gulaszem.
- Jestem Janko, stawiam zapory w kopalni „Ciotka” – uścisnął rękę Rothaariga.
- Cóż za niefortunne imię. „Wujek” brzmiałoby lepiej.
Mężczyzna zaśmiał się, chociaż Rothaarig wcale nie żartował. Dla niego nie było to absolutnie zabawne.
- To podobno dlatego, że kopalnię założyła kobieta, którą wszyscy nazywali Ciotką. Albo dlatego, że wejście do kopalni wygląda jak odbyt…
Rothaarig starał sobie to wyobrazić, ale nie za bardzo był w stanie to wizualizować w swoich myślach.
- Co kto lubi – odpowiedział. Dziewczyna stanęła w drzwiach kuchni, starając się odblokować kratę przy palenisku.
- Ej, Igga! Będą dwa piwa dla nas! – krzyknął Janko w jej stronę, rzucając na ladę sporą ilością monet. Dziewczyna niechętnie podeszła do beczki, wzięła dwa kufle i wlała do nich brunatnego napoju. Gdy skończyła, podeszła do lady stawiając zamówione piwa i zabrała pieniądze, pozostawiając na ladzie trzy miedziaki.
- Reszta dla ciebie, córeczko – powiedział Janko, uśmiechając się w jej stronę. Gdy się śmiał, wyglądał jakby jego szczęka trochę się przekrzywiała. Igga zabrała pieniądze i schowała do swojego fartucha, po czym wróciła do kuchni.
- Biedna – pociągnął łyk piwa – ten jej mąż na serio powinien oberwać.
Rothaarig spojrzał na mężczyznę zrezygnowanym wzrokiem, gdy po raz kolejny próbował przywołać irytujący go wątek. Chwycił za swoje piwo, jedynie nawilżając nim wargi.
- Swoją drogą, piwo z samego rana – zaczął Rothaarig – często tak pijesz?
- Stary, jeśli nie wypije przynajmniej sześciu piw dziennie, to nie jestem w stanie chodzić.
- Gratuluję – odparł.
Janko na chwilę zamilknął, popijając kolejne łyki piwa.
- Potrzebuję wiedzieć, jak trafić stąd do zakonu. Podobno jest jakiś na końcu miasta? – zapytał Rothaarig, kończąc gulasz i odstawiając pustą miskę przed siebie. Napił się kilka łyków piwa.
- Jest. Musisz z rynku przejść przez ulicę Handlową, na samym końcu zobaczysz „Kłapouchego”, to ta knajpa górników – a potem skręcasz w drogę odwrotną niż kopalnia. I tam na samym końcu, przy murach jest dom zakonny.
- Dzięki – odparł krótko Rothaarig, powoli zbierając swoje rzeczy. Spojrzał na swoje zaplamione krwią ubrania, myśląc że gdy będzie z nimi spacerował przez miasto, prawdopodobnie będą mu ciążyć. Gdy Igga znów pojawiła się w drzwiach kuchni, zwrócił się do niej.
- Słuchaj, panienko – dziewczyna odwróciła się w jego stronę i podeszła bliżej – Mogę zostawić u was te ubrania? Potrzebuje je przechować, później po nie wrócę.
- Pewnie – wzięła od Rothaariga poniszczone ubranie, po czym poszła do kuchni. W tym momencie do gospody weszła starsza kobieta z chustą na głowie i koszykiem w ręku. Rothaarig widział ją wcześniej przez okno.
- Jest Szef? – krzyknęła skrzekliwym głosem – Jajka przyniosłam dla niego!
Igga wypadła z kuchni, by następnie podejść do starszej pani. Zabrała od niej koszyk, a tymczasem kobieta usiadła przy najbliższej ławie.
- Dziękuję, pani Bubel – powiedziała dziewczyna.
- Znowu Cię ten łajdak łobił? – spytała babcia – Jak ja za młodu miałam takiego męża, przyjebałam mu tłuczkiem, to się łod razu milszy zrobił!
Dziewczyna uśmiechnęła się na to pocieszenie, zaś Janko i Rothaarig uśmiechnęli się pod nosem.
- Babciu, teraz facet to potrzebuje…
- A co Ty mi tu pierdolisz, pijaku Ty! – krzyknęła – Mąż to powinien jak w zegarku chodzić, tera ta młodzież niewychowana w ogóle!
Janko momentalnie zamilkł. Rothaarig obserwował rozwój sytuacji, jednocześnie będąc zadziwiony tą kobietą. Wydawała się być silna w duchu. Igga zniknęła z koszykiem za drzwiami kuchni.
- Naprawdę, jak żyję osiemdziesiąt lat to nie myślałam, że takich czasów doczekam. Tu się bałamuco, tam się zabijajo. Strażnicy miejscy to ciągle tylko chlejo…
- A tak wcześniej nie było? – spytał Rothaarig.
- A nie było! Jak strażnik szedł przez miasto, to ludzie z szacunku mówili do niego „dzień dobry”. A jak było co robić, to pierwszy szedł i bił ludzia! A tera to nawet się boją wychylić z tej swojej nory przy wejściu!
- Fakt – powiedział Rothaarig – tak w sumie wyglądali.
Kobieta chciała powiedzieć coś jeszcze, ale w tym samym momencie do gospody wszedł Szef wraz z Olleną. Miała na sobie niebieską spódnicę oraz brązową koszulę. Jej włosy były rozpuszczone, przez co wyglądała naprawdę imponująco.
- Panie Pietrku – Pani Bubel spojrzała w stronę Szefa – to będzie czterdzieści miedziaków za tej jajka, jak zwykle.
Ollena ruszyła w stronę kuchni, uśmiechając się do Rothaariga. Ten odwzajemnił uśmiech. Szef w tym czasie wypłacał ze swojej sakiewki monety dla starszej kobiety.
- Za fatygę jeszcze – wcisnął jej parę dodatkowych monet – w tym wieku to Pani nie powinna się ruszać.
- A co Ty mi tu pierdolisz, dziecko – krzyknęła do niego, na co ten się uśmiechnął – Jeszcze niejednego z was bym tu pobiła i nie byłoby co zbierać, nie? – otworzyła usta, pokazując brak większości zębów, co miało chyba być uznane za uśmiech. Kobieta wstała, i ruszyła w stronę wyjścia.
- Do widzenia, pani Bubel – powiedział Szef, odprowadzając starszą panią do wyjścia.
- No. Ty, zajmij się tym kowalem, bo nie mogę patrzeć na tą biedną Iggę. Skurwiel tam powinien dostać w ryja z dwa razy, to się oduczy takich rzeczy.
- Dobrze, Pani Bubel – odpowiedział, uśmiechając się.
Kobieta zniknęła za drzwiami gospody, natomiast Szef przeszedł w stronę kuchni, klaszcząc w dłonie i zacierając je. Gdy przechodził, Rothaarig dopiero teraz zobaczył jego delikatnie zagięty nos.
- Dobra, bierzemy się do roboty – spojrzał się na ladę – A Ty czasem nie miałeś iść po coś? – powiedział do Janka. Rothaarig w pierwszym momencie myślał, że mówi do niego.
- Ta, już tam idę – odpowiedział, dopijając resztę piwa i kierując się do wyjścia z gospody – idę do zakonu po beczkę z piwem. Idziesz ze mną? – spytał Rothaariga. Ten potwierdził skinieniem głowy i razem wyszli z gospody.
Gdy znaleźli się na zewnątrz, zobaczyli panią Bubel która kołysała się na boki niedaleko wejścia do gospody. Minęli ją, kierując się w stronę ulicy Handlowej.
- Zakonnicy robią dobre piwo. Biorą od miejscowych rolników zboże, a sami hodują zioła… ale też żyją jak pączki w maśle.
- Każda kultura musi mieć takich ludzi. Uwierz mi.
Janko nie kontynuował tematu. Szli dalej ulicą Handlową, mijając małe sklepy, warsztat, kowala, aż w końcu dotarli do „Kłapouchego”. Przez otwarte okno knajpy można było poczuć zapach palonego węgla. Strażnik miał rację.
- A tak z ciekawości, to w jakiej sprawie idziesz do zakonu?
- A, kurwa, w prywatnej – odpowiedział. Gdyby nie to, że Janko był jego przewodnikiem po mieście, prawdopodobnie by go już dawno zabił. Był irytujący. W milczeniu dotarli do wrót zakonu.
Była to budowla otoczona wysokimi murami z piaskowca. Same wrota były udekorowane wizerunkiem skrzydlatego mężczyzny trzymającego miecz. Rothaarig pierwszy raz w życiu widział coś takiego. Janko złapał za klamkę, otwierając wrota. Ich oczom ukazał się korytarz, na którego końcu znajdowała się sala pełna świec, ław oraz mnóstwa witraży okiennych. Na klęcznikach modlili się mężczyźni w brązowych habitach. Jeden z nich wyszedł z bocznego pokoju, kierując się w stronę przybyszy.
- W czym mogę wam pomóc? – spytał.
- Szef wysłał mnie po beczkę.
Mnich wskazał mu pomieszczenie obok, do którego Janko skierował się prawie natychmiast. Rothaarig stał dalej, czekając aż mnich go zauważy.
- A Tobie?
- Poszukuję Lady Lezzyelah. Mam do niej sprawę.
Mnich machnął dłonią gestem zaproszenia, by Rothaarig ruszył za nim do głównej sali. Oprócz samych mężczyzn, na środku znajdowała się kobieta ubrana w nagolenniki i białą szatę. Jej twarz miała ponętny wyraz, a gdy na chwilę się odwróciła jej wzrok wydawał się kusić. Rothaarig pomyślał, że była strasznie pociągająca.
Mnich nakazał swojemu gościowi poczekać na ławie bliżej korytarza, aż wszyscy skończą modlitwę. Czekał i obserwował, jak cała sala grzmiała w słowach modlitwy:
„Adalusie, który trwasz w naszych sercach
Obdarz nas łaską, siłą i miłosierdziem,
Za wiernych i niewiernych, biednych i bogatych,
Młodych i starych, świętych i przestępców,
Modlimy się do Ciebie, o przenajświętszy,
Byś odpuścił winy i otoczył swą opieką”
Modlitwę tę powtarzali dziesięć razy. Następnie zmienili ją jednorazowo na inną.
„Adalus, Prestona i Helios w Trójcy,
Niechaj na zawsze obdarzą nas łaską.”
Modlitwy powtarzały się. Po trzech takich rundach zamilkli i rozeszli się w ciszy. Mnich który przyprowadził Rothaariga w tym samym momencie podszedł do kobiety, szepcząc jej coś na ucho. Po chwili spojrzała się na gościa, wstała i ruszyła w jego stronę.
- Witam. W czym mogę Ci pomóc? – spytała.
Rothaarig wyciągnął spod kołnierza swój medalion, rozpiął łańcuch na którym wisiał i przekazał w ręce kobiety.
- Staram się dowiedzieć, co to za medalion – zaczął powoli, jednak kobieta nie pozwoliła mu skończyć.
- Zaraz… To przecież herb jednej z rodzin w Villanie. Skąd to masz? – spytała.
- Jestem sierotą. Ktoś mnie porzucił z tym medalionem daleko stąd.
- To istotnie cud. Głos anioła miał rację! – powiedziała, ekscytując się. Gdyby nie fakt, że jest w budynku zakonnym i Rothaarig zna kontekst całej rozmowy, to pomyślałby że dziewczyna właśnie się seksualnie napaliła. Jej oczy rzeczywiście były hipnotyzujące.
- N znaczy Navarre. To ród z Villany. Dwa węże to ich herb – ale zdaje się, że nie mam dla Ciebie dobrych wieści – powiedziała ciszej – wszyscy z tego rodu zniknęli, albo zmienili swe nazwiska by nie być z nim utożsamianym.
- Co się z nimi stało? – spytał.
- Był pewien pucz w Villanie, którego celem była likwidacja całej rodziny Navarre. To było około dwudzieścia lat temu. Polowali głównie na Nicolasa de Navarre, ale reszta z jego potomków też była celem Arcymagów. Podobno wynikało to z faktu, że jego rodzina zyskała diaboliczne moce, których magowie się obawiali.
- Wiesz coś więcej?
- Studiowałam tę historię – zadumała się na chwilę – Zaczęło się od tego, że w mieście niedaleko Morgradu, zwanym Bolougne, uderzył meteoryt. Nicolas był wtedy zwykłym alchemikiem, którego interesowały szlachetne materiały. Zgłosił się do niego mężczyzna – jak twierdzą niektórzy, przedstawiał się jako Jacques, który rzekomo przeżył to uderzenie. Wbrew pozorom, całe Bolougne było zniszczone, a sam fakt, że ktoś przetrwał tę katastrofę był nierealny – Ucięła na moment, odchrząkując – Tak więc, obaj tam wyruszyli. Nie są niestety znane szczegóły tego co działo się podczas ich wizyty w zniszczonym miasteczku, jednak gdy Nicolas wrócił do Villany, stał się kimś zupełnie innym. Jego dotychczasowi współpracownicy stwierdzali, że delikatnie zwariował pisząc po ścianach różne, niezrozumiałe symbole… Jakiś czas później spłodził kilkoro dzieci tu i tam. Z tego co wiem, jego syn był magiem w Villanie, i odznaczył się jakimiś istotnymi badaniami. Nadali im prawa do posiadania herbu. Wszystko było w porządku, dopóki synowi Nicolasa nie narodziły się dzieci. Kilkoro zaginęło, inne stawały się Emanacją. Tak ich przynajmniej nazwano. Magowie zorganizowali się, by pozbyć się wszystkich z rodu Navarre, i po tygodniu rzeczywiście ich powybijali. Później wielu z tych magów było osądzonych i straconych, ze względu na spisek skierowany przeciwko tej rodzinie. I na tym ta historia się zakończyła – oddała mu medalion.
Rothaarig przemyślał wszystko co powiedziała mu kobieta. Nie miał żadnych dowodów, że jest jednym z członków tej rodziny – medalion o niczym nie świadczył. Być może ktoś podrzucił go przez przypadek, znajdując się w nieodpowiednim miejscu i czasie. Zresztą – w Tunarkdenie raczej ciężko byłoby przetransportować dziecko bez zwracania uwagi wielu organizacji. Istniała jednak mała szansa, że Rothaarig jest w błędzie.
- Dziękuję ci, Pani. Znacznie mi pomogłaś.
- Służę Adalusowi i wszystkim, którym mogę pomóc. Modlę się o to, byś poznał całą historię – odpowiedziała, uśmiechając się.
- Jakim cudem, tak piękna kobieta o tak życzliwej naturze znalazła się w zakonie? – pomyślał Rothaarig, ale na głos wspomniał - Swoją drogą… do miasta zawitała kobieta o niebieskich włosach. Niosła wielką księgę i miała mnóstwo ozdób na swoim ciele. Znasz ją?
- Asylla Zeulg? Kojarzę ją… - przerwała na moment, przystawiając swoją dłoń do ust - Chyba, że ktoś wyjątkowo do niej podobny. Ale nie wierzę w przypadek.
- Kto to jest?
- Demonolog z Villany. Jedna z nielicznych uczniów Lorda Mordiggana. Jej zdolności egzorcystyczne są bardzo znane wśród naukowego światka.
Rothaarig przemilczał tą kwestię. Wolał jednak więcej nie wiedzieć.
- Dziękuję Ci jeszcze raz, Pani.
- Niechaj Adalus Cię błogosławi, bracie.
Skierował się do wrót wyjściowych, mijając dwójkę osobników ubranych w czarne ciuchy – kobietę i mężczyznę. Kobieta trzymała na plecach kuszę, mężczyzna natomiast długi miecz, na głowie zaś miał kapelusz. Wymienili się z Rothaarigiem spojrzeniami, po czym ruszyli w swoją stronę.
Widząc, że Janko na niego nie zaczekał, skierował się sam w stronę placu by wrócić do gospody. Musiał porozmawiać z niebieskowłosą niewiastą. Być może wie więcej od Lezzyelah. Gdy wracał, nie mógł zapomnieć o hipnotyzującym wzroku kapłanki.
Wszedł do środka, i zobaczył jak Janko pomaga Szefowi w ustawieniu beczki z piwem. Ollena oraz Igga stały właśnie w korytarzu, myjąc podłogę i sprzątając pozostałości po wczorajszych gościach. Jedynie przy jednym ze stolików siedział w milczeniu mężczyzna popijający mleko z drewnianego kufla. Rothaarig usiadł przy ladzie, tak jak robił to do tej pory.
- Ten Pajda jak zwykle się spóźnia – powiedział Szef do Janka – przypilnujesz ognia przy palenisku jak ktoś przyjdzie?
- Pewnie – odpowiedział.
Po chwili do gospody wszedł mężczyzna z insygniami straży miejskiej. Gdy powiedział „dzień dobry”, Szef odpowiedział z uśmiechem.
- Witam, drogi kapitanie! Co słychać?
- Do dupy. Kolejny się wyhuśtał, mimo że wiedźma siedzi w loszku.
W tym samym momencie uśmiech z twarzy Szefa zniknął.
- Kto?
- Jakub – Kapitan rzucił kilka monet, zaś Szef wyciągnął butelkę wódki i nalał jej kapitanowi do kieliszka.
- Kurwa… co na to jego żona i dzieci?
- Żona w szoku. Posiedziałem z nią, ale jak chciałem się coś zapytać, to nawet nie kontaktowała. Totalny szok.
Rothaarig spojrzał się na Kapitana. Wydawało mu się dziwne, że mówi o takich rzeczach na głos. W tym samym momencie zobaczył jak z korytarza wychodzi niebieskowłosa. Ubrana była dokładnie tak, jak wtedy gdy widział ją po raz pierwszy. Jej oczy były delikatnie podkrążone, wydawało się jakby w ogóle nie spała. Podeszła do lady, rzucając kilkanaście miedziaków.
- Dla mnie wasz gulasz i mleko – powiedziała – resztę sobie zatrzymaj.
Skierowała się do najbardziej oddalonego stołu, mijając miejsce w którym wczorajszego dnia jeden z pijaków się uzewnętrzniał. Szef zawołał Ollenę, by przygotowała dla Asylli posiłek. Rothaarig spojrzał się na jegomościa który siedział sam przy stole, popijając mleko. Widać było, że nad czymś się zastanawiał.
Ollena popędziła z miską gulaszu i drewnianym kuflem mleka w stronę niebieskowłosej. Ta zatrzymała dziewczynę na moment, po czym zamieniła z nią parę słów – jedyne co Rothaarig był w stanie usłyszeć to „zamieścić ogłoszenie”. Następne słowa przerwał Kapitan.
- Nie widziałem Cię wcześniej w mieście. Długo tu przebywasz? – spytał.
- Od wczorajszego popołudnia – odpowiedział Rothaarig.
- Rozumiem. W jakim celu?
- Prowadzę tu prywatne śledztwo. Nic szczególnego.
Kapitan zamilkł, haustem wypijając wódkę z kieliszka.
- Przybyłeś z południa? – spytał – Wiesz może, czy bandyci się jeszcze kręcą w okolicy? Żeliwne Wilki ostatnio ucichły ze swoimi rabunkami.
Na pytanie Kapitana o południe, Rothaarig delikatnie zwątpił. Obawiał się, że wyczuł jego akcent albo sposób bycia.
- Kilku mnie napadło. Gdyby nie moje szczęście i umiejętności, prawdopodobnie bym z wami nie rozmawiał.
- Czyli siedzą tam jeszcze… Gdyby nie ten stan wyjątkowy, pewnie poszlibyśmy tam całą grupą i ich spacyfikowali w stary, dethrioński sposób. Ale oczywiście musi tu być jakiś psychiczny idiota, który morduje nam mieszkańców po nocach.
- Nie widziałem, byście jakoś w nocy specjalnie pilnowali porządku. Co widzę jakiegoś strażnika, to albo śpi, albo pije – powiedział Rothaarig. Zabrzmiało to nazbyt odważnie.
- To wynik tego, że Horbovia ostatnio ma nas w dupie i nie chce chronić miejscowych terenów. Miasto za niedługo wpadnie w ręce Ciemnoziemu, ale wątpię by oni nam pomogli. Może i mamy kopalnie, ale dopóki nie wydobędziemy złota, to kładą na nas lachę.
Kapitan nalał sobie kolejny kieliszek i od razu go wypił. W tym czasie niebieskowłosa kobieta wstała, trzymając w rękach kartkę. Podeszła do Szefa.
- Możecie to wrzucić na tablicę ogłoszeń? – spytała.
Szef przeczytał szybko co było na kartce napisane.
- Dwadzieścia miedziaków kochana i miejsce na tablicy jest twoje.
Asylla wróciła się do swoich rzeczy, by wyciągnąć pieniądze i wrócić do Szefa z odpowiednią sumą. Gdy ten przeliczył pieniądze, nakazał Idze nakleić kartkę na tablicę przy wejściu. Rothaarig mimo, że potrafił czytać podstawowe zwroty w tutejszym języku, obawiał się, że nie przeczyta ani słowa z ogłoszenia. Gdy Asylla wróciła do swojego stolika, podszedł do niej.
- Jestem dość niepiśmienny, a może będę mógł ci pomóc – powiedział.
- Potrzebuję grupy, która pójdzie ze mną do pewnego miejsca. Płacę dziesięć złotych monet za każdy jeden dzień roboty. Możliwe że będzie trochę niebezpiecznie – powiedziała na jednym wdechu nie odwracając kompletnie wzroku od swojego stolika, a w międzyczasie wyciągnęła wielkie tomisko na stół. Otworzyła na jednej ze stron, na której było pełno przeróżnych znaków przypominających pismo runiczne Kabalistów z Tunarkdenu. Nie było jednak tym samym pismem. Rothaarig przez chwilę pomyślał – potrzebował pieniędzy, jeśli nawet będzie zmuszony wyruszyć gdzieś dalej. Kobieta oferowała dobre warunki, a żeby szukać dalszych wskazówek prawdopodobnie nie obejdzie się bez pracy.
- Mogę ci pomóc. Potrzebuje jednak kilku rzeczy od Ciebie, Pani.
- Nazywam się Asylla – powiedziała – Asylla Biała z domu Zeulg – nieco ciszej – nie lubię się przedstawiać.
- Rothaarig. Po prostu.
Asylla spojrzała na swojego rozmówcę, przypatrując się mu uważnie.
- Brzmisz południowo – przyciszyła głos – jesteś z Tunarkdenu?
Rothaarig poczuł się niepewnie po raz kolejny. Wydawało mu się przez moment, że na jego czole widnieje ewidentnie wielki napis "Jestem z Tunarkdenu".
- Owszem – powiedział równie cicho – dokładniej z plemienia Tiris Naimal.
- Świetnie władasz naszą mową. Ktoś Cię tego nauczył?
- Pewien czarodziej u którego spędziłem dwa lata. Nie chciał, by ktokolwiek jednak o nim wiedział – powiedział i urwał.
- Rozumiem – odpowiedziała – więc czego potrzebujesz?
Rothaarig milczał przez krótki moment. Wydawało się, że przed tą kobietą niczego nie da się ukryć.
- Podobno pochodzisz z Villany. Zakładam, że znasz tamtejsze dzieje, oraz historię puczu związanego z rodziną Navarre.
- Niewiele. To wydarzenie miało miejsce paręnaście lat temu, a ja mimo wszystko byłam wtedy dzieckiem. Pamiętam, że wiele osób chciało dorwać Nawarczyka. No a później, że ci magowie mieli procesy – odpowiedziała, po czym zwróciła wzrok do swojej księgi.
- Dzięki, chociaż niewiele to pomogło – powiedział zrezygnowany, czując skrawkiem swej podejrzliwości że dziewczyna coś przed nim ukrywa. Brzmiała tak, jakby miał jej dać po prostu spokój - swoją drogą, mam prośbę jeśli mamy współpracować.
- Słucham?
- Potrzebuję zaliczki. Jestem całkowicie spłukany.
Asylla spojrzała się na Rothaariga podejrzliwie.
- Dam ci na podstawowe wyżywienie oraz pok?
Reply }}}
Podziękowanie od:

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  




Users browsing this thread:
1 Guest(s)

Silnik forum - © MyBB - Styl forum - iAndrew, grafika - Kithraya, Midas, Bezifabr, Blizzard Entertainment
   
O NAS
Goblin Factory to założone w grudniu 2013 roku forum moderów Warcraft 3 wspólnym wysiłkiem dwóch osób - Scaraba, i WrathaAmona. Celem ich było stworzenie czegoś na wzór starego arcane.pl - miejsca, w którym osoby które wciąż tworzą coś do Warcrafta mogą się spotkać, porozmawiać, zaprezentować swoje dzieła, zapytać o rozwiązanie różnych problemów itd. 22 czerwca 2014 roku Goblin Factory został przeniesiony na nowy silnik, i nowy hosting, a obecnie jest już największym i najpopularniejszym polskim forum dotyczącym Warcrafta 3.