• 0 Vote(s) - 0 Average
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5


Prleudium do LvO: III Pokój na Gebielshur
#1
Żarówka 
Wstęp od autora:

Witajcie. Jest to fragment (na razie) mojego krótkiego opowiadania opiewającego o wydarzeniach sprzed mojej kampanii (która cały czas powstaje). Zamierzam później zrobić taką serię opowiadań opisujących różne wydarzenia z przeszłości, bo wydaje mi się to lepsze niż poprzednia forma kreowania uniwersum, dostępna do pobrania w dziale z projektem. Także, zapraszam do czytania! Dekajo

III Pokój na Gebielshur


Na horyzoncie zamajaczył rozmyty obraz pogrążonej we mgle wyspy.  Jeszcze kilka dni temu walczyły na tych wodach między sobą dwie silne floty. Teraz tylko szczątki dziesiątek zniszczonych tu okrętów uderzały w burtę Cesarzowej, niesione przez fale.  Z każdą sekundą zarysy wyspy przybierały coraz to ostrzejsze kształty.  Liczne klify otaczające wybrzeże świetnie chroniły Gebielshur przed atakami od strony morza. Togaden tylko w opowieściach słyszał o ziemiach orków.  Były ponoć surowe i nieprzyjazne. Wody pitnej było bardzo mało, jeszcze mniej drzew. Za to dużo piaskowego kamienia, z którego umiejętni kamieniarze mogliby wznieść wspaniałe fortece. Cóż, niestety orkowie cały czas swoje twierdze budują z drewna.  Do uszu Togadena docierał tylko szum fal. I w tym tkwił problem. Odwrócił się on na pięcie, podszedł do barierki i rzucił okiem na pokład okrętu.
- Grajkowie! Coś wesołego! – zawołał donośnym głosem.
            Nie musiał długo czekać. Już po chwili grupa czterech grajków usiadła na stołkach i zaczęła grać. Miłe dźwięki lutni, harfy i bębnów rozbrzmiały po pokładzie, a Piękny głos śpiewaczki zaintonował pieśń:
„Kto w tej wojnie za nas walczył? Kto się poddać zielonym nie zechciał? Kto odzyskał dawne ziemie? To Ernest, Cesarski Hetman nasz! To Ernest, najlepszy wojownik wasz!”
            I gdy pieśń chwaląca dzielne czyny Ernesta rozlegała się ponad falami, Togaden poczuł ukłucie zazdrości. W końcu to jego powinno się chwalić! Gdyby nie zasługi jego rodu, to Imperium już dawno by upadło. Ale Reumowie utrzymali ład i porządek wśród ludzi. Tylko głupcy wychwalają pionka na szachownicy, zamiast gracza. I już gdy miał wybuchnąć, pieśń ucichła. A po niej zabrzmiał inny utwór. Szybszy, mniej podniosły, aczkolwiek Togadenowi bardziej się spodobał z racji na słowa. Wsłuchiwał się w nie z umiłowaniem, a gdy zakończyła się, ktoś z żeglarzy krzyknął:
- Wszyscy chwalmy Togadena, naszego Cesarza!
 
 
 
***
 
            Togaden postawił stopę na trapie. Zaskrzypiał. Po chwili cały ciężar ciała Cesarza był już poza pokładem statku. Wraz z orszakiem złożonym z członków Gwardii Cesarskiej zszedł na ląd. Szybko podeszło do nich kilku orków.
- Togaden II? – zapytał cesarza jeden z orczych wojowników
- Grzeczniej, zielony śmieciu! Rozmawiasz z władcą największej potęgi w znanym świecie! – rzucił z pogardą jeden z gwardzistów
- Spokojnie, to jest ork. Nie zna manier – odpowiedział Cesarz chcąc załagodzić sytuację. – Tak, jam jest Togaden II z dynastii Reumów, cesarz Zjednoczonego Imperium Ludzi, zwierzchnik Nordynni, Rewanu, Mistagnum, Dutschy, Estorii oraz moich własnych ziem, w tym wspaniałego miasta Dalaran.
- Rozumiem. Wy idźcie za mną – odpowiedział zmieszany ork, po czym wydał jakąś komendę w ichnim języku, po której orkowie ruszyli.
- Stój orku! Zaczekam jeszcze na resztę moich książąt.
- Ty musisz iść z nami! Takie mi wydano rozkazy. Mam was do waszych komnat zaprowadzić. Waszymi książętami zajmą się inni orkowie. Komnaty macie obok siebie, nie będzie wam daleko.
- Ruszajmy więc.
            Ruszyli. Podczas przemarszu Togaden z zainteresowaniem przyglądał się zabudowaniom orków. Od dość prymitywnej obronie plaży, przez fragment skalistego pustkowia, aż do gęsto zabudowanej metropolii. W Gebielshur wszystko było zbudowane z drewna i metalu, gdzieniegdzie gliny, ale nigdzie z kamienia czy piaskowca. Wewnątrz miasta cuchnęło i wszędzie walały się śmieci. Przynajmniej, dopóki orszak nie opuścił dzielnic dolnego miasta. W górnym mieście, wszystko wyglądało na solidne i twarde. Pojawiały się tu już budowle z kamienia i piaskowca, lecz wciąż dominowała zabudowa drewniana. Dopiero gdy Togaden ominął bramę do Dzielnicy Władców zrozumiał sławę tego miasta. Tu już dominował piaskowiec, a budowle z niego wykonane były ogromne, acz niskie. W ogóle wszystko tu sprawiało wrażenie, jakby było budowane do obrony.
            Ze statku zsiadali godzinę po świcie, teraz słońce górowało już na nieboskłonie. Ork odprowadził cesarza z orszakiem do ich kwater. Był to kompleks pomieszczeń, zawierający hol, komnatę cesarza, pokój dzienny oraz kilka kwater dla straży.
- Rozgośćcie się, panowie! Będziemy tu mieszkać przez najbliższy tydzień, a może i więcej!
            Cesarz bez zwłoki udał się do swej komnaty. Była ona bardzo duża, z widokiem z okna na panoramę miasta. Na ścianie wisiał portret skąpo odzianej orczycy oraz kilka starych map. Największym obiektem było zdecydowanie łóżko, na którym cesarz mógłby ugościć trzy dziewczyny na raz. Pod ścianą stała przestronna szafa, a w kącie biurko. Togaden podszedł do biurka, na którym leżała paczka. Usiadł przy biurku i otworzył ją. Zawierała ona zwinięty pergamin, jakąś mapę oraz małą buteleczkę. „Najpierw wiadomość” pomyślał sięgając po pergamin. Rozwinął go i czytał: „Witaj, Togadenie. Na początku chciałbym cię powitać na Gebielshur, perle pod moim władaniem. Zaprosiłem cię tutaj, tak jak innych władców tego świata, abyśmy w pokoju uzgodnili warunki zakończenia tej wojny. Liczę, że rozumiesz, iż za wszelkie wywołane przez Ciebie bądź twoich ludzi szkody będziesz musiał zapłacić podwójnie. Pierwsze spotkanie zaplanowaliśmy na jutro, trzy godziny po świcie w Wielkiej Sali. Mapę Dzielnicy Władców dołączam do tej przesyłki, wraz z butelką naszej najlepszej wódki na dobre samopoczucie. Z pozdrowieniami, Wódz Wielkiej Honorowej Hordy Orkowej”. „Wielkiej Honorowej Hordy Orkowej” powiedział z sarkazmem cesarz, biorąc łyk wódki i rzucając się na łóżko.
 
***
 
            Cesarz obudził się godzinę po świcie. Cały poprzedni dzień spędził w komnatach, rozmawiając z żołnierzami oraz odwiedzając książęta. Za dwie godziny miał być w Wielkiej Sali, wykłócając się z innymi władcami o ziemię i trybuty. Bardzo nie chciał widzieć tych wszystkich wrogo nastawionych mord. Z wyjątkiem krasnoludów oczywiście, z którymi łączą Imperium bardzo dobre relacje. Togaden odświeżył się i ubrał wyjściowy strój. Włożył na głowę nie koronę, a diadem, gdyż nie chciał ryzykować utraty symbolu swej władzy w ewentualnych „sprzeczkach”, po czym ruszył wraz z gwardzistami zwiedzać fortecę.
            Gdy tak wraz z orszakiem oglądał proste, acz w pewien sposób piękne budowle orków, spotkał się przypadkiem ze swoim dobrym przyjacielem – Marszałkiem Rady Krasnoludów – Ovaldorem.
- Witaj przyjacielu! – wykrzyknął w stronę karła cesarz
- Togadenie, jakże miło zobaczyć tak przyjazną twarz po spotkaniu z goblinami! – radośnie odpowiedział krasnolud
            Ovaldor był dość wysoki jak na krasnoluda, mierzył bowiem prawie pięć stóp. Miał siwe włosy do ramion, z głowy zwisało mu też kilka warkoczy. Do piersi pięła mu się dumnie biała broda, wyrastająca z jego twarzy od ucha do ucha. W ręku dzierżył złotą, licznie zdobioną buławę, symbol jego władzy. Ziemię muskała długa szmaragdowa peleryna, kontrastująca ze złotawym połyskiem krasnoludzkiego metalu, z którego wykonano wyjściową zbroję, w którą odziany był Marszałek. Za pasem miał krótki, prosty miecz, co u krasnoludów było niespotykane.
- Także zmierzasz do wielkiej Sali? – zagadał Togadena krasnolud, gdy już szli obok siebie przez korytarz.
- A gdzieżby indziej. Obrady zaczynają się za chwilę.
- Musimy stanowczo wypieprzyć zielonych z naszego kontynentu, Togadenie – zaczął Ovaldor. – Musimy być zdecydowani i pewni siebie. Jeżeli nie zobaczą w nas wahania, wygramy ostatnią bitwę!
- Ostatnią bitwę?
- Te „obrady”, psia ich mać.
- Rozumiem.
            Marszałek już chciał coś powiedzieć, ale weszli właśnie na ostatnią prostą do Wielkiej Sali. Kilka kroków przed bramą dwóch wielkich orków otworzyło ją przed nimi, a oczom Togadena ukazała się ogromna sala, z wielkim stołem w kształcie podkowy, przy którym mogłoby zasiadać całe mieszczaństwo Dalaranu. Oświetlana prze kilka koksowników, pochodni oraz światło wpadające przez ogromne okna oświetlało kolumnadę otaczającą stół. Z każdej strony zwisały gobeliny Hordy. Nad całą salą górował kamienny tron mieszczący się jakiś metr wyżej od reszty Sali. Do wprowadzonych na salę przybyszów szybkim krokiem podszedł i ukłonił się ork w pełnym opancerzeniu.
- Wy jesteście Cesarz Togaden II i Marszałek  Ovaldor?
- Tak jest. Prowadź nas do naszych miejsc, zielony – odpowiedział mu krasnolud
- To mi nakazano. Miejsce dla was i waszych wojowników jest oznaczone odpowiednią flagą.
- Coś jeszcze? – dopytał Togaden
- Wódz życzy powodzenia.
- Przyda się to powodzenia – rzekł ironicznie Marszałek już w pół drogi do swojego miejsca.
            W chwili, w której Togaden zajął miejsce, do Sali weszła delegacja Leśnych Elfów. Grupka łuczników prowadzona była przez wysokiego blondyna z drewnianą koroną na głowie. Ubrany w zielony płaszcz i wysokie do kolan czarne, skórzane buty. Rzucił złowrogie spojrzenie na Cesarza i ruszył w stronę swojego miejsca.
            I tak przez kilka minut zjawiały się kolejne delegacje, aż wszystkie miejsca były zajęte. Z wyjątkiem jednego. Brakowało wodza orków. Dopiero po chwili rozległ się dźwięk uderzeń w bębny a orczy śpiewacy zaintonowali pieśń, a do Sali wkroczył Gorgoth. Ogromny ork o bardzo ciemnozielonej skórze wkroczył do Sali. Wtórowała mu bardzo duża straż, składająca się z najlepszych weteranów wojennych Hordy. Grupa przeszła przez całą salę, wspięła się na podest i stanęła przy tronie, na którym zasiadł Gorgoth.
- Witajcie wszyscy! – powiedział swoim donośnym głosem. – Zgromadziliśmy się w Gebielshur, aby omówić warunki pokoju. Jak zazwyczaj pewnie sprowadzi się to do wytyczania granic, nie owijając więc w bawełnę, zaczynajmy!
- To może ja pozwolę sobie być pierwszym – rzekł kacyk goblinów, wstając z miejsca. – Pokonaliśmy krasnoludy w tej wojnie kilkukrotnie. Zdobyliśmy większość półwyspu.  Należy się on nam! Wywalczyliśmy go sobie! Żądam…
- Możesz sobie żądać, mieszańcu! Nic się nie należy waszej śmierdzącej rasie! – przerwał mu Ovaldor. – Oddaliśmy wam bez walki kawałek naszej ziemi. I co z tego mamy? Rasa przegranych rości sobie prawa do naszych etnicznych ziem! Powinienem cię zabić na miejscu! – Marszałek mówiąc ostatnie zdanie sięgał już po strzelbę. – I chyba to zrobię!
- Nic nie zrobisz, Ovaldorze! – wykrzyknął Gorgoth, a jego potężny głos zabrzmiał echem po Sali. – O ile chcesz przeżyć te rokowania.
- Uspokój się krasnalku – śmiał się kacyk – Bo jeszcze zrobisz sobie krzywdę!
- Bez waszych automatonów nie osiągnęlibyście nawet zakopania własnego gówna. Nie jesteście warci mojego czasu – zripostował go Marszałek odkładając broń.
- Myśl co chcesz, podludziu. I tak musimy ustalić granice.
- Granice się nie zmienią. Pozostaną takie jak po poprzedniej wojnie.
- Nawet tak nie żartuj, bo wasza rasa jest wystarczającym żartem.
- Nie zapominaj czego hybrydką jesteś, zielony.
- Dość! Jeżeli tak ma to wyglądać, to my wychodzimy! – wtrącił się wyraźnie zirytowany  Mictlantecuhtli, wódz Wyspiarskich Troli
- On ma rację Ovaldorze. Musicie dojść do porozumienia. – powiedział Togaden
- Skoro tak twierdzisz przyjacielu – westchnął Ovaldor. – Dajcie mapę!
- Mapa kontynentu! – wydał komendę wódz orków
            Po chwili na jednej ze ścian zsunęła się duża mapa kontynentu, do której podszedł orkowy kaligraf.
- Mówicie wasze propozycje, on je zakreśli – poinstruował Gorgoth.
- Co proponujesz, goblinie? – zapytał Ovaldor
- Abyś przekazał nam wszystkie ziemie na zachód od Żelaznej Rzeki.
- Ahaha, raczysz żartować. Mogę dać ci tyle, ile zdobyłeś i ani stopy więcej.
- Nie zapominaj, że mogę zniszczyć twoją rasę doszczętnie.
- Tylko spróbuj. Chroni nas Żelazna Góra, a nigdy nie przeprawisz się przez Żelazną Rzekę aby spróbować zdobyć inne tereny.
- Kilka paczek dynamitu i znikasz wraz z twoją górką.
- To nie czas na takie dywagacje – wtrącił się Togaden. – Wszyscy chcemy mieć to za sobą. Im szybciej się dogadacie, tym lepiej.
- Zdania nie zmienię. Oddam im tylko to, co zdobyli.
- Kończmy więc tę bezsensowną gadkę. Obgadamy to jutro niziutki – uciął Kacyk.
- Czyli sprawa jest nierozstrzygnięta. Zapisz pisarzu, że jutro muszą dojść do zgody – zakończył Gorgoth. – Kto teraz?
- Ja! – wykrzyknął książę elfów. – Żądam całego Zielonego Półwyspu, inaczej poleje się krew!
- Na pewno nie ludzka – skwitował Togaden. – W moim zamku poleje się wino, gdy już nakarmię twoim truchłem morskie stwory.
- Przekonamy się!
- Mimo wszystko, wolałbym dojść do porozumienia. Co ty na to, abyśmy przywrócili granicę sprzed I Wojny Ras?
- Kpisz sobie człowieczku. A ja nie dam z siebie żartować.
- Dlaczego od razu „kpisz”? Moim zdaniem to bardzo dobry pomysł – kontynuował z uśmiechem na ustach Cesarz.
- Dobrym pomysłem jest wyjście z tej Sali! A najlepiej odpłynięcie z tej śmierdzącej dziury!
- Odpływaj więc! Przekraczasz granicę, elfie – uniósł się wódz Hordy.
            A Meradriel nie kontynuował tej rozmowy. Odwrócił się na pięcie i wyszedł. A ten dzień obrad trwał jeszcze tylko godzinę, podczas której nie doszło do żadnej ugody. Za to jakiś porywczy członek gwardii Nordynnskiej zaatakował krzesłem Trola z klanu D’Ram, szybko jednak został uspokojony, a trolowi nic się nie stało. Po tym Gorgoth postanowił przerwać obrady zapowiadając tylko, żeby się to nie powtórzyło.
            Gdy Togaden wrócił do komnaty to od razu dopił wódkę daną mu od wodza Hordy i ruszył z orszakiem zwiedzać miasto.

***
            Dzielnica Władców w  Gebielshur była najładniejszym (i najmniej cuchnącym) miejscem na Gebielshur, jednak była ona bardziej jak zamek, niż jak miasto. W tej części miasta było mało domów mieszkalnych, tylko kilka dla najbardziej zasłużonych weteranów, i oczywiście sama forteca, w której mieszkał cały „dwór” Hordy. Dopiero, gdy Togaden wraz z orszakiem 18 ludzi dotarł do dolnego miasta, zaczęło się robić ciekawie. Śmierdziało tam niesamowicie, a wszędzie walały się śmieci czy odchody, ale miało jakiś dziwny „urok”. Cesarz postanowił udać się na Plac Wojowników, jedyny znany mu punkt w dolnym mieście.  Gdy, unikając walającego się wszędzie orkowego gówna, dotarł na Plac spotkała go niemiła niespodzianka. A dokładnie z 30 niemiłych niespodzianek.
- Proszę, proszę, kogo my tu mamy. Cesarz Togaden we własnej osobie! – zawołał sarkastycznie książę Elfów Nullæl.
            Nullæl, wysoki nawet jak na elfa, patrzył prześmiewczym spojrzeniem na Togadena. To spotkanie nie mogło się dobrze skończyć.
- Czego chcesz, elfie?
- Może potrzebuję rozmowy. Załatwmy to pokojowo.
- Załatwmy pokojowo co?
- Oddanie nam Zielonego Półwyspu.
            Na twarzach jego towarzyszy zagościł uśmiech.
- Sugerujesz, ze jeżeli twoja matka oddała się mojemu ojcu, to ja mam…
- Ty draniu! – wykrzyknął Nullæl, zagłuszany przez kwiczących ze śmiechu rycerzy. – Jak śmiesz?! Chcesz mnie zmusić do agresji?
- Już jej dokonujesz, każąc mi oglądać twoją gębę.
- Dość tego! – dało się słyszeć z grupki elfów. Ułamek sekundy później jeden z rycerzy Togadena leżał na bruku ze strzałą w gardle.
- Chronić Cesarza, formuj żółw! – zabrzmiał rozkaz
            Gwardziści sprawnie ustawili się w szereg i zasłonili swego władcę tarczami, unikając w tym czasie dalszych ofiar. Elficcy łucznicy zostali z tyłu, a wojownicy rzucili się do ataku. Szybko dobiegli do formacji ludzi, nie zdołali jednak przez długi czas jej sforsować. Napierali na szereg wspierani przez łuczników kilka minut. W końcu Nullæl trafił w lukę między tarczami. Strzała ugodziła jednego z tarczowników w ramię. Szybko dobił go jeden z elfickich wojowników, a formacja się rozbiła.
- Szyk luźny!
            Mur tarcz rozpadł się, a Togadena zostało osłaniać tylko 5 tarczowników. Wywiązała się długa walka. Ludzie, mimo bycia w mniejszości, zdawali się ponosić mniejsze straty niż elfy. Cesarz stwierdził, że zginęło tylko 2 jego ludzi, a elfów już z 5. Szybko jednak sytuacja się odwróciła. Elfy zaczęły przepychać ludzi w stronę cesarza. Pierwszy wojownik skoczył na tarczowników Togadena. Jeden z nich uderzył go tarczą, po czym sprawnym cięciem odciął elfowi dłoń i dobił pchnięciem pod pachę. Drugi naciera. Rzucił się na ziemię unikając ciosu tarczownika i podciął mu stopy. Ostrze ześlizgnęło się po urthilowej zbroi, a elf zarobił kopniaka w twarz i szybkie pchnięcie między łopatki. Ludzie jednak cały czas cofali się w stronę swego władcy, przepychani przez elfy. Trzeci atakuje szereg. Udało mu się po krótkim starciu zanurzyć ostrze w klatce piersiowej tarczownika. Jakie było jego zdziwienie, gdy od drugiej strony ostrze przebiło nabite wciąż na elficki miecz zwłoki, raniąc też elfa. Tarczownik po jego prawej szybkim cięciem pozbawił elfa głowy. Cesarz wysunął miecz ze zwłok swego martwego towarzysza i machnięciem oczyścił go z krwi. Wtedy zauważył napięty w jego stronę zdobiony, drewniany łuk jednego z elfickich wojowników. Całe rządy przeleciały przez umysł Togadena. Wiedział, że to już koniec. Tarczownicy wdali się w wir walki, a on stał odsłonięty. Był zły na swoich kompanów, nie chciał jednak, by jego ostatnią myślą była złość. Pomyślał więc o tym, ze oddają oni za niego życia, dzięki czemu rozparła go duma i szacunek. A Elf cały czas mierzył w Cesarza, jakby chcąc przedłużyć jego agonię. W reszcie, jakby po kliku godzinach, gdy Togaden zdołał już przywitać Amilvena osiem razy, elfickie palce puszczają cięciwę, a Cesarz zamyka oczy…
            Rozlega się dźwięki wystrzału, jakby ze strzelby, a Togaden słyszy świst koło ucha. Czyżby elf chybił? Otwiera oczy. Na miejscu, na którym stał niedawno przyszły elfi królobójca, leżało jego truchło z rozbryzganą głową. „Czyżby sam Amilven mnie uratował?” – zapytał się w myślach Cesarz. Ku jego rozczarowaniu nie był to jednak Amilven, a któryś z kompanii krasnoludów, która właśnie zaatakowała Elfy. Do walki dołączyło z 25 strzelców i dziesiątka wojowników. Zdesperowane elfy poczęły padać jeden po drugim.
- Koniec! Poddajemy się! Rzućcie broń, kompani! – krzyknął Nullæl. – Wygraliście! Oszczędźcie…
            Pozostałe przy życiu elfy rzuciły broń.
- Masz niesamowite szczęście, że akurat przechodziłem! – zawołał radośnie Ovaldor, wynurzając się z grupki krasnoludów.
- Nawet nie wiesz, jak dobrze cię widzieć, przyjacielu! Chyba nigdy się bardziej nie cieszyłem na twój widok.
- Lepiej zobaczyć przyjaciela niż kostuchę, co nie?! Ha!
- To chyba oczywiste, Ovaldorze.
- A co z nami? – przerwał im Nullæl.
- No właśnie, co z nimi? – zapytał Ovaldor – Gdybyśmy byli na kontynencie, kazałbym was ściąć!
- Ja też, przyjacielu, ale niestety, nie jesteśmy. Chyba musimy ich puścić wolno. Chociaż, taka okazja… - odpowiedział Ceszarz, zbliżając się blisko do Nullæla. – Pojmijmy ich, i oddajmy orkom pod osąd. To chyba słuszne?
- Mi się podoba. Brać ich!
- Nigdzie z WAMI nie idę! Treny nahl shat umana tadalar! – krzyknął Nullæl
            Elf złapał leżącą pod jego stopami strzałę i rzucił się na Togadena. W ostatniej chwili jeden z krasnoludów odstrzelił mu dłoń.
- Aaaa!!! – wrzasnął Nullæl upadając na ziemię bez dłoni.
- Ty śmieciu! Zdechniesz za to! – zawołał Cesarz wyciągając ostrze i szykując się do pchnięcia.
            W ostatniej chwili złapało go coś za ramie. Okazał się to Frondil Strzępouchy, książę Rewanu.
- Co ty robisz, głupcze?! Jak śmiesz mnie chwytać? – ryknął oburzony Togaden
- Wasza Wysokość, to nie jest dobr…
- To ja tu stwierdzam, co jest dobre a co złe, półelfie!
- Rozumiem ale to mogło by zaszkodzić Imperium…
- To JA jestem Imperium, rozumiesz? Gdyby nie Ovaldor, ludzie tego śmiecia zabili by mnie z zimną krwią, razem z całą Gwardią!
- Ale…
- Żadnego ale! Twoje księstwo ucierpi z powodu twojego działania. Pomyślę nad karą później – zagroził Togaden, chowając miecz do pochwy. – Pojmać te Efie robaki, zabierzemy je do Gorgotha.
- Gorgoth sam przyszedł – rozległ się niski, twardy głos.
            Tłum orczych gapiów wręcz uciekł od straży Gorgotha. Uzbrojony oddział orków, z bronią w gotowości, otoczył cały plac. Była ich z setka, jak nie więcej.
- Co tu się stało? – zapytał Wódz Hordy wychodząc zza pleców jednego z jego wojowników.
- Zaatakowali nas! – zeznał Cesarz.
- Obrażał moją matkę! – wykrzyknął Nullæl, a wśród orków dało się słyszeć chichot.
- Czy to, że mój ojciec ją przygarnął pod pierzynę, to fakt czy obraza?
- Przecież to był światowy skandal. Wódz Hordy musiał słyszeć tą historię – wtrącił się Ovaldor.
- Owszem, słyszałem. Ale nie to jest ważne. Chcę wiedzieć, kto pierwszy zaatakował. Chcę usłyszeć jednak nie oskarżenie, a przyznanie się.
- Mój elf wystrzelił pierwszy. Bez mojego rozkazu, pragnę zauważyć.
- Który?
- Żaden z ocalałych. Któreś z tych resztek mózgu walających się w okolicy należą do niego.
- Co teraz się stanie? Żądam rekompensaty za straty w ludziach! – zażądał Togaden.
- W ramach rekompensaty wykluczam elfy z obrad.
- Co to znaczy?
- To znaczy, że masz dzień na opuszczenie mojego miasta, elfie.
- A co z granicą?
- Wytyczymy ją jutro. Bez ciebie. Będzie ona rozsądna, nie masz się czego obawiać.
- Ja żądam całego półwyspu!
- Może w takim razie twój następca zażąda rozsądniejszych warunków pokoju. Zabijcie go!
- Spokojnie, rozumiem! Tylko bez przesady, proszę.
- Nie bój nic! – zaśmiał się Togaden
 
***
            Rokowania pokojowe trwały jeszcze tydzień. Dochodziło do licznych rękoczynów, nie doszło jednak do drugiej takiej „bitwy”. Jakiś gobliński kamikaze  próbował wysadzić w powietrze komnaty krasnoludów, lecz orkowie Gorgotha złapali go. Po długich torturach wyznał, że zadanie to zlecono mu „z góry”. Kacyk otrzymał stosowną karę, a granica została wyznaczona na korzyśc Krasnoludów. Granica z Elfami została wyznaczona dość rozsądnie, chociaż na pewno nie był to szczyt marzeń Nullæla, ani tym bardziej Togadena, który przecież tę wojnę wygrał. Mimo to, III Zjazd na Gebielshur można uznać za udany. Wojna została zakończona, a przynajmniej dla większości. Bowiem klan Mistycznego Młota nigdy nie zapomniał…
Reply }}}
Podziękowanie od:
#2
Update!
Tak btw. to napiszcie co powinienem poprawić.
Reply }}}
Podziękowanie od:
#3
Kolejny update!
W ogóle ktoś to czyta?
Jeżeli ktoś czeka na całość, to właśnie ona jest już dostępna.
Niedługo powinny powstać inne opowieści, prezentujące inne fragmenty historii LvO.
Reply }}}
Podziękowanie od:
#4
Mi się podoba Uśmiech
"Strach, ubóstwianie, zachwyt. To wszystko słuszne reakcje." ~ Aurelion Sol : Architekt Gwiazd
[Image: latest?cb=20160315131038&path-prefix=pl]
Reply }}}
Podziękowanie od:
#5
Ja czytam
Ja, wasz Pan i Bóg.
Reply }}}
Podziękowanie od:

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  




Users browsing this thread:
1 Guest(s)

Silnik forum - © MyBB - Styl forum - iAndrew, grafika - Kithraya, Midas, Bezifabr, Blizzard Entertainment
   
O NAS
Goblin Factory to założone w grudniu 2013 roku forum moderów Warcraft 3 wspólnym wysiłkiem dwóch osób - Scaraba, i WrathaAmona. Celem ich było stworzenie czegoś na wzór starego arcane.pl - miejsca, w którym osoby które wciąż tworzą coś do Warcrafta mogą się spotkać, porozmawiać, zaprezentować swoje dzieła, zapytać o rozwiązanie różnych problemów itd. 22 czerwca 2014 roku Goblin Factory został przeniesiony na nowy silnik, i nowy hosting, a obecnie jest już największym i najpopularniejszym polskim forum dotyczącym Warcrafta 3.